Wszystkim Internautom, którzy celowo lub przez przypadek trafili na tutejsze moje skromne 'freski' -
z okazji Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku składam najlepsze życzenia wszelkiej pomyślności a Nowy Rok by obfitował pasmem wspaniałych sukcesów.
Etykiety
- 3:0
- 70. lat pokoju w Europie
- 78 rocznica powstania w W-wskim Getcie
- Awantura w Sejmie
- Bierut wraca
- Brigitte i Emmanuel Macron
- Bubel prawny
- Chuligani czy Banderowscy prowokatorzy
- Co nam mówią małżonkowie Macron?
- Co słychać w ciszy
- Czego oczekujemy od Wielkiego Architekta
- Czerwony księżyc i spadające gwiazdy
- Cześć zwycięzcom nie przegranym
- Cztery godziny z Putinem
- Czy apostoł Mateusz zdecydował się być apostatą?
- Czy Pawłowicz oszalała z nienawiści
- Czy Senat przywroci nadzieję na normalność?
- Czy uchodźczyni wróci do Polski
- Czy Ukraina doprowadzi do światowego konfliktu?
- Czy wizyta Trumpa w Warszawie jest ważna
- Dekret Bieruta
- Dramat Tomasza Komendy
- Duch Czasu wskazuje
- Dziady
- Dzień Zaduszny
- Europą rządzą kobiety
- fresk- lubimy czytać
- Gehenna trzydziestu na granicy
- Gestapowskie ludobóstwo
- Hańba polskiego Sejmu
- Homilia prezydenta Dudy
- Imperator Putin
- Imperatyw moralny polskich powstań
- Inauguracja 18.konkursu
- Jaś Kapusta w akcji
- Kim jest Polska w polityce PiS?
- Klęska na Mundialu
- Konkurs wizualno-muzyczny
- Krzywda Kobayashi -krzywda Gevorgyan
- Kto jest prezydentem Francji
- Kto zyska na wizycie Trumpa w Warszawie
- Kwaśniewski na Sputniku.pl
- Kwaśniewski ofiarą prowokacji?
- LUBIĘ CIĘ EUROPO
- macho Antoni?
- Małpi gaj już w Sejmie
- Masłowska jako krytyk
- Mazurek a-moll pieści chińską duszę..
- miesięcznik Moja Rodzina
- Miłość po francusku
- Minuta ciszy dla Piotra S.
- Nie zmartwychwstał - Powołany i Przebóstwiony!
- Nie zmartwychwstał - został powołany przez Ojca i ubóstwiony
- O co walczyli Powstańcy getta
- Obowiązkowy poranek muzyczny dla polityków
- Obowiązuje ale nie działa
- Papież do polskich polityków
- Pierwsze powstanie w okupowanej Warszawie
- Planeta nad przepaścią
- Prezydent na cmentarzu wojennym w Starych Łysogórkach
- Racja stanu wg. PiS
- Refleksje po meczu
- reprywatyzacja
- Rewizja wyników II wojny
- Rosjanie pytają - Putin odpowiada
- Rusofobi też wśród narkomanów
- ryzykant Putin
- Sejmiki w Parlamencie
- słodka misia?
- Słowo na powitanie
- Społeczeństwo
- Syberia woła ratunku!
- Tragedia czy moralna victoria
- Trump biznesmen czy polityk?
- Trump przyjaciel Putina?
- Trump w ONZ
- Trump w Warszawie
- TVN dobra robota czy prowokacja?
- Uff! jak gorąco!
- Ukryte cele przyspieszeń procedowania
- Unia Europejska
- US Army chorążym pokoju
- Walka o godność w ruinach getta.
- Walka o ludzką godność
- Wandale na Cmentarzu Żołnierzy Armii Czerwonej
- Warszawa
- Warszawiacy lepsi i gorsi
- Warszawskie getto płonie. Cel walki w warszawskim getcie
- Wawel czeka na prochy Bony
- Wesołego Alleluja!
- Wesołych Świąt
- Wielkanoc 2021
- Wielkanoc.
- Witamy Trumpa
- wojna z prawnikami
- wybrańcy narodu
- Wyjazd który był ucieczką
- wynik który zamyka drogę do awansu.
- wywłaszczenie bez odszkodowania
- XVIII Konkurs Chopinowski już 2 października 2021 r.
- z notesiku moich wierszy
- Zamordowane Getto oczami Miłosza
- Zbiorowy podmiot roszczeń
- zgoda UE na dekompozycję TK?
- Znów koszmarny błąd sądów
- Żądania Szarego Człowieka
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
sobota, 23 grudnia 2017
piątek, 15 grudnia 2017
Mesjanizm lumpów według Masłowskiej
Z dużym opóźnieniem poznałem Doroty Masłowskiej Wojnę polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną. Zwyczajnie wstyd. Wszak to wielki debiutancki sukces Autorki: paszport "Polityki", nominacja do nagrody Nike 2003. Lektura niezwykła. Niezwykła w swej odmienności od tego wszystkiego co kojarzy się nam z literaturą, z powieściami, z nowelą. Wojna… jest zapisanym na 200 stronach, bez wyraźnych części, bez rozdziałów monologiem. Jest to monolog młodego osiłka (ksywa Silny), który ‘za komuny’ noce i dnie częściej spędzałby na poligonie niż w żołnierskiej kantynie. W ‘wolnej Polsce’ tymczasem, nie będąc obciążony obowiązkami studenta czy ucznia, w przerwach między kolejnym własnym detoksem, jako doświadczony narkus, by nie wyjść z ‘ciągu’, czas spędza dowartościowując stymulantami swoje dziewczyny oraz na przygodach ze swoim ‘dżordżem’. Silny ma jędrny styl narracji. Jest on kwintesencją młodzieżowych gangów tzw. popsutej młodzieżowej polszczyzny. Masłowska do końca zachowuje wierność temu slangowi. Wulgarność tę należy więc odczytać jako wierność wobec prawdy. A w posługiwaniu się taką ‘sztuką’ – w operowaniu tą okrutną polszczyzną Masłowska jest mistrzynią. Ma wybitny słuch na wszelkie niuanse polskiego języka. W powieści, jak poetka w wierszu, prezentuje wprost nieograniczoną ilość metafor i neologizmów. Wielokrotnie niecenzuralne słowa uzyskują w powieści funkcje przymiotnikową lub nawet czasownikową. To ryzykowny zabieg, ale w moim odczuciu łagodzi on nieco obsceniczność i ostrość tych bluzgów. Pikantne wulgaryzmy uzyskują nowy przaśny, a niekiedy w szczególnym kontekście, nawet dobroduszny sens. Kto wie czy, ku rozpaczy miłośników poprawnej polszczyzny, nie jest to kolejny krok w nieustannym pochodzie, który kroczy od staropolszczyzny i makaronizmów do współczesnej polszczyzny z jej anglikanizmami. Że dziś oceniamy, iż neologizmy te są tworami nasyconymi prostacką wulgarnością z wyłącznie biologicznym horyzontem odniesień to już kwestia przede wszystkim smaku. Ktoś powie: tak żyją ćpuny. Nie, nie tylko! Włóż czytelniku czapkę niewidkę, zejdź ze swego piętra, pójdź ‘w naród’ do ludzkich skupisk wnet usłyszysz język z którym zapoznałeś się wcześniej niby tylko teoretycznie.
Rozpisałem się o kwestiach warsztatowych powieści, a przecież ważniejszym jest próba odczytania przesłania książki. Autorka już w tytule książki powiedziała nam co leży na dnie jej duszy . Narkotyczny bełkot Silnego i jego otoczenia oddaje w swej pokracznej formie notorycznie słyszane obiegowe okruchy wymiany myśli współczesnych Polaków. Jej powszechnym echem jest oczywiście patriotyzm. Patriotyzm rozumiany aktywnie, patriotyzm walczący, niosący wbrew okolicznościom misję tylko prawdziwego zwycięstwa. Mamy wszak swoich wieszczów i wizjonerów. To Mickiewicz, Słowacki, Sienkiewicz, Piłsudski…A skoro patriotyzm, to i konieczny, choćby i wyimaginowany wróg. Najczęściej zasłyszanym dziś wrogiem jest „Ruski”. To on dla ferajny Silnego staje się sprawcą przekrętów z fajkami LM, odpadającym ze ścian ruskim sidingiem. Jest w ogóle sprawcą wszelkich przekrętów z którymi, ‘jeśliś Polak – trzeba walczyć, bo albo jesteś polski, albo ruski’. Nie ma innej drogi. A naszym świętem to ‘Dzień Bez Ruska’. Dni bez Ruska to codzienność, jak i festyny, race, festiwale antyruskie, ulotki ..co układają się w obwieszczenia: „Ruski do Rosji – Polacy do Polski, oddajcie fabryki.., obalić ruski siding, Putin zabieraj swe krzywe dzieci”. Nie dziwi przeto, że dla Silnego i reszty ćpunów ‘Dzień Bez Ruska’ pod biało-czerwoną flagą to wyczekiwane święto. Ja, mówi Silny, mam wtedy najwięcej hajcu, robię interes na handlu flagą biało-czerwoną. W ten dzień to choćby i 10 tysięcy Rusków chciało nas zbadać na zawartość narkotyków mam to w d… Bo to nasze święto: Dzień Bez Ruska! A przecież Rusków trzeba nienawidzić, bo to gorszy sort w dodatku uzbrojony w bandycką siłę. Przeto, jak mówi jedna z dziewczyn: weź finkę i „idź na wojnę polsko-ruską, która jest na mieście i nią Rusków dziabnij”. Nakreślona przez Masłowską tożsamość Polaków jest więc okrutnie patriotyczna, a jej lepiszczem jest Rusek-wróg. Dla Autorki Polak – to rusofob powielający, a nawet wzmacniający zasłyszane grepsy oficjalnej propagandy. Prof. Maria Janion recenzując idee książki postawę tę nazywa mesjanizmem lumpów i podkreśla twórczą rolę Masłowskiej w rozprawie z „ mitem romantyczno-wojennym o polskiej, czyli europejskiej wyższości nad Rosją”. Jeśli więc tej niecodziennej powieści nie znasz – przeczytaj!
wtorek, 28 listopada 2017
460. rocznica śmierci Bony
Czy pamiętamy, że oto 19 listopada minęła 460. rocznica śmierci Bony – królowej Polski, a równocześnie wielkiej księżnej Litewskiej, księżnej Rusi, Prus i Mazowsza, księżnej Mediolanu i Bari? Postać w historii Polski ważna i fascynująca, którą ze strony jej przybranej ojczyzny spotkała krzywda. Wspominając tę wyjątkową postać w największym skrócie należałoby przypomnieć chociaż najbardziej podstawowe wydarzenia i okoliczności jej życia.
Włoska małżonka króla Zygmunta I
Pochodząca z możnego rodu książąt Mediolanu Bona-Maria Sforza d’Aragona urodziła się 2 lutego 1494 roku, jako córka Izabeli Aragońskiej i Gian Galeazza Sforzy księcia Mediolanu, który osierocił córkę gdy miała zaledwie kilka miesięcy. To smutne wydarzenie rodzinne stało się ważne także w aspekcie bezpieczeństwa i losów całego rodu Sforzów, albowiem przełom XV i XVI wieku to dla włoskich miast-państw okres wojen wewnętrznych i wojskowych interwencji obcych dworów. Dla Sforzów to trudny czas ucieczki przed wojskami francusko-hiszpańskimi najpierw z Mediolanu, potem z Neapolu, czas tułaczki i poszukiwania schronienia. Dopiero dzięki pomocy króla Hiszpanii Ferdynanda w roku 1505 Izabela Sforza wraca z wygnania i obejmuje władztwo nad księstwem Bari. Bona ma wówczas zaledwie 7 lat. Matka zatroszczyła się o wykształcenie córki, nie zaniedbując z czasem starań w poszukiwaniu najlepszego kandydata na męża dla niej, co w tamtej epoce oznaczało najlepszego przede wszystkim dla własnego rodu, który przez mariaż mógł znów wrócić do potęgi i znaczenia. Ostatecznie wybór padł na wielkiego europejskiego władcę. Był nim owdowiały właśnie 51-letni król polski i wielki książę litewski Zygmunt Jagiellończyk - ojciec syna Jana (późniejszego biskupa wileńskiego) i czworga córek. Bona roztaczała wokół urok i wdzięk. Przez króla, przez dwór i przez ogół społeczeństwa przyjęta została radośnie i serdecznie. Ceremonia zaślubin Zygmunta i Bony oraz koronacja pięknej, szlachetnie urodzonej włoskiej wybranki odbyła się w Krakowie dnia 18 kwietnia 1518 roku. Bona liczyła wtedy lat 24. Pomimo różnic kulturowych małżonków i znaczącej różnicy wieku (27 lat), małżeństwo trwało w udanym związku, a wpływy królowej na króla, a przez to na życie i dworu i państwa było coraz bardziej znaczące. Prof. Maria Bogucka autorka biografii królowej, twierdzi wprawdzie, że "trudno o większy kontrast małżonków niż w związku Bona - Zygmunt Stary. Z jednej strony starszy już mężczyzna, przywykły do kobiet uległych, konserwatywny, ociężały, lubiący spokój i wygody. Z drugiej - młoda kobieta o wybujałych ambicjach, zdecydowana na osiągnięcie politycznych sukcesów w swej przybranej ojczyźnie, na przekór panującej tu obyczajowości i przyzwyczajeniom". Rzeczywiście Bona od początku starała się zdobyć silną pozycję polityczną, dokonać znaczących reform. Odebrała wszak bardzo staranne wykształcenie. Posiadała wiedzę z zakresu historii, prawa, administracji a nawet teologii. Jednak nie było to łatwe. W Polsce bowiem mieszanie się do polityki nawet kobiet tak wybitnych jak Bona Sforza było widziane źle.
Obowiązki dynastyczne królowej
Większość historyków uważa, że Bona była żoną wierną, troskliwą i oddaną mężowi. Także wobec dzieci Zygmunta I wykazała się wyjątkową serdecznością i opiekuńczością. W latach 1519-1527 przyszło na świat jej sześcioro dzieci, a w tym jako drugie dziecko syn Zygmunt-August urodzony 1 sierpnia 1520 roku. Ojciec dziecka miał wówczas lat 53, a matka lat 26. 7 lat później królowa będąc w zaawansowanej ciąży podczas polowania poroniła swego drugiego syna Olbrachta. Ukojenie zrozpaczonej królowej nie było łatwe. Jedynie świadomość ciążącego na niej obowiązku zapewnienia ciągłości dynastii czyniła z niej dalej kobietę silną. Bona, w obliczu wyraźnie pogarszającego się od 1528 roku stanu zdrowia króla-małżonka i przekonania o grożącej mu śmierci, uważała, że o obowiązkach dynastycznych przyszło jej myśleć za dwojga. Jedyny więc żyjący syn Zygmunt-August stał się teraz jej „oczkiem w głowie”, faworytem wśród rodzeństwa. We wczesnym dzieciństwie rozpieszczany przez wychowujące go niańki, a nieco później też odsuwany od spraw państwowych. Matka wprawdzie marzyła by w przyszłości syn mógł być wielkim monarchą, skupiającym pod swym berłem ludy całej Europy Środkowo-Wschodniej, potrafiącym przeciwstawić się potędze Habsburgów, jednak wydaje się, że w procesie wychowawczym zapomniano należycie przygotować go do tych funkcji. Próżne ambicje rzutowały na stosunek do syna. Czas dorastania przyszłego wielkiego monarchy to jedynie czas beztroskich zabaw, czas funkcjonowania pod kloszem nadopiekuńczej matki. Ten zróżnicowany stosunek do własnych dzieci z czasem stał się źródłem jej późniejszych cierpień, rozpaczy i pochopnych decyzji. Historycy twierdzą, że pierwsza poważna scysja ze swym jedynakiem, jeszcze wówczas młodzieńcem wybuchła wtedy, gdy Bona pragnąc przeciąć przedłużające się amory syna z jedną z dworek – zdecydowała się kobietę tę odesłać do Włoch. Odpowiedzią był wybuch agresji syna do matki. Jej nasycenie i długotrwałość być może doprowadziło do zmiany postawy matki wobec syna. Wrodzony temperament i arbitralność Bony w połączeniu z jej odpowiedzialnością jako królowej, wiedzą i dojrzałością społeczno-polityczną, a z drugiej strony także narastającym wiekiem syna spowodował, że z matki nadmiernie opiekuńczej stawała się coraz bardziej matką nieustępliwą i apodyktyczną. A taka postawa zawsze mogła być zarzewiem nowego konfliktu z dawniej rozpieszczanym synem przyzwyczajonym do myśli, że jemu wolno więcej niż pozostałym.
Vivente rege
Bieg wydarzeń historycznych nakazuje przypomnieć, że król Zygmunt w zaledwie 10 lat po zaślubieniu Bony legł w łożu boleści złożony gorączką i niemocą. Dziś historycy sądzą, że cierpiał na szereg dolegliwości, takich jak bakteryjne zapalenie szpiku kostnego, ciężką dolegliwość i niesprawność przedramienia, ścinającą z nóg podagrę, zwyrodnienie stawu skokowego, kamicę nerkową, reumatyzm, rwę kulszową, bolesność guza na stopie, a w późnej starości także zaawansowaną postać miażdżycy. Redaktor „Ciekawostek historycznych”, historyk i ceniony pisarz Kamil Janicki przytacza fragment listu skierowanego do senatorów przez zaniepokojoną królową Bonę spowodowany nagłą i całkowitą niemocą swego małżonka. Królowa pisze: ‘Jego Królewska Mość pan i małżonek nasz najukochańszy 30 dnia zeszłego miesiąca na ostrą zapadł gorączkę, która w ubiegłych dniach trapiła go i jeszcze trapi’. Zły stan zdrowia i paraliżująca wręcz niemoc króla zdawała się sugerować bliski kres życia władcy. Przekonanie o rychłej śmierci było powszechne. Tymczasem król, choć w niedołężności i słabym zdrowiu przeżył jeszcze lat 20 (zmarł dnia 1 kwietnia 1548 roku przeżywszy lat 81). Królowa Bona, zwłaszcza w początkach choroby męża, żyjąca w atmosferze strachu o jego życie, w obliczu zakusów na objęcie polskiego tronu przez Habsburgów, za punkt honoru uznała podjęcie starań o zapewnienie ukochanemu synowi sukcesji do tronu. Nie było to zadanie proste albowiem przyszły sukcesor miał zaledwie lat 9, a król, choć daleki od swej dawnej żywotności i siły – żył. Jednak inteligencja i przebojowość matki doprowadziła do przełamania rodzimych praw i obyczajów. Nie gardząc intrygami i przekupstwem, w końcu uzyskując także poparcie chorego króla doprowadziła do wyrażenia przez szlachtę zgody na procedurę vivente rege (wybór nowego króla jeszcze za życia króla dotychczasowego). Radosna i uroczysta koronacja 10-letniego Zygmunta-Augusta nastąpiła na Wawelu w dniu w dniu 20 lutego 1530 roku, przy czym od roku już nowy król mógł cieszyć się także wcześniej uzyskanym tytułem wielkiego księcia litewskiego. Odtąd 10 letni Zygmunt-August miał formalne prawo współrządzić z królem Zygmuntem I, zwanym Starym. Historycy w tym kontekście przypominają o szczególe zabawnym, a traktowanym wówczas z niepokojem jako ‘zły znak’. Oto koronacyjny, radosny nastrój Krakowa zmącił głos sowy latającej na rynku nad głowami wiwatujących tłumów, budząc jednak niepokój i lęk. Tak, czy inaczej koronacja 10-letniego syna powinna matkę walczącą dla niego o ten najwyższy urząd w pełni zadowolić. Mogłoby się wydawać, że teraz królowa Bona odzyska radość i spokój dla realizacji swych rozlicznych obowiązków. Tak się nie stało. Olbrzymi osobisty sukces Bony zapewnienia korony ukochanemu synowi jeszcze za życia króla Zygmunta, a także późniejsza walka Bony o własną pozycję, szczególnie w sytuacji upadku sił Zygmunta Starego, kosztował królową utratą sympatii jaką cieszyła się dotychczas. Konsekwencje vivente rege okazały się i dla dworu i dla Bony groźne. Zaczęto publicznie wytykać Bonie jej bezwzględność w dążeniu do celu, spryt, intryganctwo i chciwość, zarzucać ignorowanie przez nią przywilejów szlacheckich i dążenie do własnej politycznej niezależności. Nie zapomniano o niebywale wzrastającej jej zamożności, która dla ówczesnych elit była nie do zaakceptowania. Szlachta, a zwłaszcza magnateria wyraźnie wyzwolona już z sympatii do młodej i zbyt samodzielnej królowej coraz donioślej manifestowała swoje niezadowolenie z zarządzania królestwem z wydatnym udziałem kobiety, królowej Bony. Wymuszona procedura vivente rege być może przelała czarę goryczy. Skomasowane pretensje doprowadziły w 1537 roku do wybuchu buntu, zwanego wojną kokoszą. Coraz bardziej z umiłowanej królowej stawała się obcą heterą i złośnicą. Polską opinię raziło też bogactwo przedsiębiorczej Bony. Tymczasem królowa pouczała Polaków: „U was dukaty leżą na gościńcach, schylić się jeno, aby je zebrać. Nikt nie chce? Tym lepiej dla mnie”.
Miłość po litewsku
Wracając do wydarzeń toczących się na dworze królewskim podkreślić należy, że uważnie obserwowany teraz przez matkę dorosły ale młody Zygmunt August, czuł coraz większą potrzebę wyrwania się spod jej skrzydeł. W 1543 roku udaje się na Litwę. Przypomnijmy, że Zygmunt-August dzięki zresztą wpływowi Bony, został przez Litwinów wybrany wielkim księciem w wieku 9 lat. Radziwiłłowie z wyborem tym wiązali własne plany polityczne, zwłaszcza w obliczu twardego stanowiska Bony wobec ich dążeń do budowy własnej potęgi gospodarczej i politycznej. Samodzielny, bez nadzoru pobyt na Litwie to była jednak wielka okazja dla litewskich magnatów w walce z królową. Radziwiłłowie oskarżali królową m.in. o zabór wielkich obszarów leśnych i ziemi ornej. Pozyskać więc młodego króla dla własnych interesów, oczernić przy tym jego matkę to było zadanie, nad którym panowie litewscy uwijali się pracowicie. Systematycznie podburzany przez litewskich magnatów, przestawał z czasem wierzyć własnej matce. Za to Litwinom udało się stopniowo pozyskać przychylność, a z czasem zawładnąć duszą Zygmunta-Augusta. Wpływ na to miała z jednej strony rodząca się niechęć, a później nienawiść do własnej matki, ale równocześnie, bez wątpienia, także postać pięknej Barbary Radziwiłłówny, córki Jerzego Radziwiłła, kasztelana wileńskiego, wdowy po wojewodzie nowogródzkim Stanisławie Gasztołdzie. Barbarę oskarżano wprawdzie o niemoralne prowadzenie, ale jakie to miało znaczenie skoro królowi swobodne zachowanie doświadczonej w sztuce ars amandi pięknej wdówki odpowiadało idealnie. I mimo, iż Zygmunt-August od 23. roku życia pozostawał w związku małżeńskim, z Elżbietą Austriaczką z Habsburgów, znajomością z Radziwiłłówną nie gardził. Po prostu lubił piękne kobiety. Co raz częstszym kontaktom, a w końcu romansom Zygmunta-Augusta z Barbarą Radziwiłłówną sprzyjali jej najbliżsi, zwłaszcza bracia Mikołajowie Radziwiłłowie ‘Rudy’ i ‘Czarny’. Obaj pragnęli czerpać z tego romansu korzyści przede wszystkim prestiżowe. Specjalizujący się w epoce Jagiellonów prof. Zbigniew Kuchowicz w latach 90. ubiegłego wieku pisał, że dążąc do własnych korzyści związek Barbary i Zygmunta-Augusta „traktowali instrumentalnie, istnieją przesłanki, że Czarnego można uznać wręcz za stręczyciela wiodącego króla do kuzynki”. Nic przeto dziwnego, że w zaawansowanym stadium romansu postanowili podjąć próbę doprowadzenia do małżeństwa siostry z młodym zakochanym w niej królem. Znający osobowość Zygmunta-Augusta bracia Radziwiłłowie w 1547 roku oświadczyli, że traktowanie siostry jako królewskiej nałożnicy przynosi im dyshonor i żądają zaprzestania kontaktów. Dobrze przewidywali, że może to być ponad siły słabego psychicznie młodzieńca. Równocześnie Barbara, najpewniej przez braci, powiadomiła kochanka, że jest w ciąży. Zygmunt-August, nie zważając na porę nocną udał się natychmiast do Barbary i przyłapany in flagranti zmuszony został do małżeństwa. Ponieważ było to dwa lata po śmierci Elżbiety Habsburżanki z którą Zygmunt-August, pozostawał (zresztą wbrew matce) w zaledwie dwuletnim nieudanym małżeństwie, przeto droga Zygmunta-Augusta jako wdowca do nowego związku była, przynajmniej pod tym względem otwarta. Nakłoniony przez Rudego i Czarnego, ale może przede wszystkim przez ambrozyjskie strzały Amora, nie bacząc na wszelkie obowiązujące go nakazy, wszelkie ważne racje dynastyczne, jakby wbrew całemu światu, poślubił ukochaną Barbarę Radziwiłłówną potajemnie w 1547 roku. Rok później tj. 1 kwietnia 1548 w wieku 81 lat umiera Zygmunt Stary, Bona liczyła wówczas 54 lata. Pełnię władzy obejmuje Zygmunt-August, co diametralnie zmienia pozycję Bony na królewskim dworze z zarządzającej królestwem, na osobę jeśli nie wrogą to przynajmniej niepożądaną.
Surowe oceny uczuć
Małżeństwo przedwcześnie owdowiałego Zygmunta-Augusta, zamiast z księżniczką jakiegoś europejskiego dworu, zawarte całkiem na serio (choć wyperswadowane) z Barbarą Radziwiłłówną wywołało skandal. Nastąpiło wbrew woli ojca i matki. Dotychczas polskim „uświęconym” ówczesnym obyczajem był wybór panny-księżniczki dla młodego króla przez rodziców i senat. Magnateria uznała, iż nastąpił oczywisty mezalians, godzący w powagę dynastii i państwa. Małżeństwo królewskie było wszak aktem całego państwa-królestwa, a nie zwykłym małżeństwem dwojga poddanych. Potajemnie więc zawarte małżeństwo monarchy z poddaną szlachcianką, cieszącą się w dodatku opinią wyraźnie negatywną było skandalem wyjątkowym. Podkreślano, iż syn królewski namiętność do „litewskiej nierządnicy” postawił ponad interes dynastii i całego królestwa. Prof. Maria Bogucka, autorka biografii Bony podkreślała, że błędy popełnione przez Zygmunta-Augusta zaważyły na sytuacji polskiej, a przede wszystkim na dalszym kierunku rozwojowym „Był to człowiek bardzo egocentryczny, skoncentrowany przez pierwszą połowę swojego życia na życiu osobistym, co u władcy jest niedopuszczalne”. Podczas obrad sejmu piotrkowskiego posłowie sprzeciwiali się małżeństwu, żądając jego unieważnienia. Konflikt króla ze szlachtą przybierał dramatyczną postać. Ostatecznie jednak król zmusił wszystkich posłów do ustąpienia i milczącej zgody na koronację Barbary. Szczególnie głęboko wydarzenie to przeżyła matka króla. Rozpacz i gniewne reakcje trwały długo. Odpowiedzią był wrogi i agresywny stosunek syna do matki, który w końcu przerodził się w żywą nienawiść. Kamil Janicki podaje, że królową Bonę wiadomość przybiła tak bardzo, iż w smutku i rozpaczy twierdziła „że wolałaby nawet umrzeć, niż dopuścić do wyniesienia Barbary na tron razem z synem”. Wobec jednak dokonanej koronacji Barbary – królowa Bona postanowiła wyjechać z Krakowa i osiedlić się wraz z córkami na Mazowszu. Kontakty z królem zostały zerwane. Koronacja Barbary odbyła się 7 grudnia 1550 roku. W pięć miesięcy później 8 maja 1551 roku królowa Barbara zmarła. Ciało królowej Zygmunt-August w żałobnym pochodzie wiózł szereg tygodni z Krakowa przez całą Polskę do Wilna, gdzie w tamtejszej katedrze została pochowana. Zygmunt II ożenił się jeszcze trzeci raz w 1553 roku, tym razem z księżniczką austriacką, młodszą siostrą swej pierwszej żony – Katarzyną Habsburżanką. Miał bowiem jeszcze nadzieję na własnego potomka. Ale i te nadzieje króla okazały się płonne. I to małżeństwo pozostało bezdzietne.
Miałkość czarnej legendy
Po śmierci Zygmunta Starego stosunek Zygmunta-Augusta do matki oznaczał, iż Bona znalazła się w potrzasku i pułapce. Z jednej strony atakowana przez dwór i społeczność szlachecko-magnacką, z drugiej przez syna. Cios zadany przez umiłowanego dawniej syna był szczególnie bolesny. Wrogość otoczenia oznaczała brak jakiegokolwiek oparcia. Kiedyś podziwiana, teraz upokarzana, wyszydzana i zwalczana. Wyzwiska jak „włoska gadzina„ lub ”barska baba” nie należały do rzadkości. Była kobietą i w dodatku cudzoziemką ale w sprawach publicznych była bardziej dojrzała od otaczających ją mężczyzn. Nie znosiła sprzeciwu. Była nadzwyczaj inteligentna, ale też bezkompromisowa, wybuchowa, gniewna i emocjonalna – wszystkie te cechy nie przysparzały jej sympatii otoczenia. Jej lęk wynikający z pustego skarbu, stałego zadłużenia króla spowodował podejmowanie prób reformy skarbu koronnego, która generalnie nie znalazła jednak aprobaty elit. Mimo protestów, na ile tylko sytuacja pozwalała wykupywała z rąk magnatów-wierzycieli zastawione królewszczyzny, które stawały się inwestycjami dochodowymi. W ten sposób dbając o interes królestwa wzbogacała się też osobiście. Stała się właścicielką 16 miast i 190 wiosek. Jej polityka szczególnie dotycząca dóbr królewskich, sprzeczna z interesami magnaterii wywoływała olbrzymie niezadowolenie elit. Program zaś gospodarki rolnej oparła na nowoczesnym wówczas sposobie gospodarowania tj. na zasadach tzw. trójpolówki. Mieszczanie uzyskali wtedy przywileje jarmarczne i ulgi podatkowe. Królowa, zwłaszcza w pierwszej połowie swego panowania, dążąc do umocnienia władzy królewskiej i wzrostu znaczenia Królestwa Polskiego w Europie starała się realizować swój strategiczny plan dla Polski. Dostrzegając wady naszego systemu władzy gdzie król był zakładnikiem parlamentu, stale ograniczany przeróżnymi prawami, systemu władzy generującego ociężałość decyzyjną i małą polityczną mobilność, co – jak podkreślała – jest w zmieniającym się, prężnym i agresywnym świecie potrzebą każdego nowoczesnego, europejskiego państwa; przeto kierując się tymi przesłankami pragnęła umocnienia dynastii jagiellońskiej i nadania jej właściwego znaczenia. Fundamentem niezbędnym do osiągnięcia tego celu było wprowadzenia zasady sukcesji dynastycznej, dziedziczności tronu królewskiego, zerwanie więc z zasadą pełnej elekcyjności. Niestety ten strategiczny plan królowej Bony nie zyskał powodzenia. W polityce zagranicznej natomiast prezentowała postawę antyhabsburską. Czuła bowiem zagrożenie dla Polski płynące ze strony Habsburgów i Hohenzollernów. W roku 1525 doszło do złożenia hołdu Zygmuntowi Staremu przez elektora pruskiego księcia Albrechta Hohenzollerna. Akt ten był wynikiem starań i zabiegów politycznych polskiej królowej.
Ucieczka Bony
Królowa Bona, skłócona z nowym dworem królewskim oraz z synem, zmuszona została do podjęcia decyzji bolesnej i trudnej. Nie znajdując na miejscu oparcia zdecydowała się na opuszczenie kraju, na wyjazd do swego rodzinnego księstwa, do Bari. Przed wyjazdem została zmuszona do zwrotu wszystkich majątków i nieruchomości których była w posiadaniu. Otoczona wrogością szlachty, znienawidzona przez syna, stara królowa zabrała część zgromadzonych w Polsce bogactw i umieściwszy je w 24 załadowanych kosztownościami wozach powróciła do Włoch. Wyjeżdżała z poczuciem wielkiej krzywdy jakiej doznała od polskich elit, ale także od własnego syna dla którego, o czym była przekonana, poświęciła wszystkie swe siły, cały swój autorytet, prestiż, szacunek i uznanie jakim się cieszyła w początkach swego pożycia w Polsce. A wyjazd z poczuciem doznanej krzywdy z kraju w którym utraciło się elementarne poczucie oparcia – jest ucieczką! Kraj opuszcza 1 lutego 1556 roku. Królewska „uchodźczyni” liczyła wówczas 62 lata. Niestety już 19 listopada 1557 roku zmarła otruta z inicjatywy Habsburgów przez „zaufanego” Pappacodę. Syn, król Zygmunt-August pozostawał wtedy od 4. Lat w trzecim związku małżeńskim, a sam liczył wówczas lat 37. Po śmierci nie zorganizowano królowej godnego pochówku – trumnę z jej zwłokami ustawiono w zakrystii kościoła. Dopiero Anna Jagiellonka, po tym jak została koronowana, kazała w 1593 roku wznieść matce nagrobek. Królowa Bona leży zapomniana za ołtarzem głównym świątyni św. Mikołaja w Bari. Później wykonane malowidła nawiązujące do polskiej drogi królowej zostały usunięte.
Pozostawić królową w miejscu zapomnienia?!
Nieprzychylna ocena jaką współcześni Bonie wyrażali o swej królowej była w znacznej części spowodowana niezrozumieniem intencji jej dążeń i poczuciem zagrożenia własnych interesów. Nie była to sprawiedliwa ocena działalności królowej. Zważywszy na jej mądrość polityczną, na strategiczne myślenie o racji stanu, na próbę choćby częściowego recypowania zachodnich rozwiązań politycznych, dążenie do budowy mocnej pozycji Polski w ówczesnej Europie, starania o odzyskania dla Polski Śląska i Prus, dążenie do wzmocnienia władzy królewskiej, dążenie do ograniczenia przywilejów szlachty a zwłaszcza magnaterii, udane wysiłki o powiększanie majątku dynastii Jagiellonów, zagospodarowanie dóbr królewskich, zagospodarowanie wielkich połaci nieużytków, modernizacja gospodarki, rozbudowa miast i twierdz, budowa mostów, tartaków i młynów, otwartość na krzywdy i niedostatek zwykłych potrzebujących, osiągnięcia jej mecenatu w dziedzinie nauki i kultury epoki Renesansu, nie mówiąc już o sztuce kulinarnej – pogląd o jej wysokich walorach jako męża stanu nie wydają się przesadzone. Dzięki niej Mazowsze i Litwa rozwinęły się gospodarczo. Stworzyła tam skuteczną administrację umiejętnie dysponując stanowiskami dla zubożałej szlachty i tworząc dzięki temu grupę wiernych Koronie. Zaryzykowałbym uwagę, że na polskim gruncie Bona wyprzedzała epokę, a ówczesną polską rację stanu rozumiała lepiej niż król i ówczesne elity. W świetle tak bogatej osobowości królowej Bony można z dużą dozą prawdopodobieństwa przypuszczać, że wyjątkowo zła opinia o niej była i jest w znacznej mierze wynikiem nieprzychylnego dzieła kronikarzy ulegających nieświadomie wpływowi propagandy dworu habsburskiego próbującego oczernić ją nawet po śmierci. A zarówno Habsburgom jak i Hohenzollernom zawsze była gorącą przeciwniczką, uważając że są oni Polsce wyraźnie nieprzychylni, co dwa wieki później historia dramatycznie potwierdziła. Sądzę, że jeżeli w rozgoryczeniu swym nie zostawiła polecenia aby po śmierci ciało jej pozostało w Bari nadeszła pora, by w wolnej Polsce rozważyć możliwość sprowadzenia do kraju prochów tej wybitnej postaci – królowej Bony. Polsce bowiem oddała najlepszy i najbardziej dynamiczny w trudzie biegnący 38. letni okres swego życia. Miejsce królowej Bony winno być przy mężu z którym w sakramentalnym związku przeżyła lat 30.
sobota, 11 listopada 2017
Szary Człowiek
Kataryna pisząca felietony m.in. dla Wirtualnej Polski, ostatni zatytułowała ‘Zwykły Szary Człowiek i zwykła brudna polityka’. Wirtualna na swej „jedynce” felieton ten wraz ze zdjęciem prof.Pawłowicz zatytułowała wyrwanym z publikacji Kataryny zdaniem: ‘Oszalała z nienawiści Pawłowicz skompromitowała PiS’. Warto przeczytać! Felietony Kataryny bowiem zawsze inspirują, zawsze pobudzają do myślenia. Ale w wypadku aprobaty Kataryny dla "minuty ciszy" z powodu samobójczej śmierci pana Piotra Szczęsnego - nie ma zgody. Sama Kataryna przypomina w tymże felietonie, że minuty ciszy nie było w Sejmie np. ani dla Holoubka ani dla Wandy Błeńskiej, a "każda z tych osób swoim życiem zasłużyła na minutę ciszy bardziej niż Piotr Szczęsny swoją śmiercią. Bo przecież tylko za nią, a nie za dobre życie jest fetowany". Uważam, że tylko wtedy gdy z aprobatą przyjmiemy achrześcijańską wersję bp.Pieronka uznając czyn pana Szczęsnego za bohaterski - mamy w pełni prawo zaakceptować hołd Sejmu dla Jego decyzji o samobójczej śmierci, o samospaleniu. Jednak wg moich nieprofesjonalnie prowadzonych dociekań czyn pana Szczęsnego nie wynikał z motywów ściśle politycznych. Te wyrażać by przecież mógł w każdy sposób od pisywania swego politycznego credo, nawet do aktów agresji wobec istniejącej władzy z ryzykiem pozbawienia wolności i ‘chwalebny’ tytuł więźnia politycznego. Moim zdaniem czyn pana Szczęsnego wynikał z Jego długoletniej choroby, która wymagała pilnej interwencji medycznej. On jej niestety na czas nie otrzymał. I to obciąża nas, polskie społeczeństwo. A to, że czyn jaki popełnił, dla swej chwały otoczył politycznym kokonem i okrył nim swe chorobliwe decyzje nie może obligować Sejmu do oddawania Jemu hołdu. Przez zaskoczenie posłowie ulegli chwilowej presji, ale politycznie postąpili nierozważnie. Zarzut uczyniony przez Katarynę posłance Krystynie Pawłowicz, iż nie akceptując wezwania do złożenia przez Sejm hołdu śp. Piotrowi Szczęsnemu miał być wynikiem jej „oszalałej nienawiści” jest co najmniej nie na miejscu.
sobota, 28 października 2017
Rozmowy w ciszy
Już za kilka dni Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny. Najwyższa pora na uprzątnięcie naszych cmentarzy, naszych grobów. Czas na usunięcie z grobowców i prostych mogił opadłych pożółkłych liści, zgrabienie płyty zarosłej zielskiem – uporządkowanie, a nawet ozdobienie grobu. Przykrycie mogiły białym obrusem chryzantem. Czas zapalić świece pamięci dla twojej matki, twego dziadka, dla twoich wszystkich przodków, a przecież zapomnieć o grobie o którym zapomnieli wszyscy nie wolno nigdy.
I tylko gdy w czas tej krzykliwej pielgrzymki nastawisz CISZĘ na odbiór możesz z głębi usłyszeć szept twojej matki:
W nasz Dzień Zaduszny spamiętaj synu od razuTo sprawiedliwe zrządzenie Boże
Że kto nie był człowiekiem ni razu
Temu nawet człowiek nic nie pomoże.
Lecz kto prośby nie posłucha
W imię Ojca, Syna, Ducha
Widzisz Pański krzyż
A kysz, a kysz!
Zbigniew Herbert „Brewiarz IV”
Panie wiem że dni moje są policzone
zostało ich niewiele
Tyle żebym jeszcze zdążył zebrać piasek
którym przykryją mi twarz
nie zdążę już
zadośćuczynić skrzywdzonym
ani przeprosić tych wszystkich
którym wyrządziłem zło
dlatego smutna jest moja dusza
życie moje powinno zatoczyć koło
zamknąć się jak dobrze skomponowana sonata
a teraz widzę dokładnie
na moment przed codą
porwane akordy
źle zestawione kolory i słowa
jazgot dysonans języki chaosu
dlaczego życie moje
nie było jak kręgi na wodzie
obudzonym w nieskończonych głębiach
początkiem który rośnie
układa się w słoje stopnie fałdy
by skonać spokojnie
u twoich nieodgadnionych kolan
czwartek, 28 września 2017
Pryncypialny realizm prezydenta Trumpa
Dnia 19 września Donald Trump po raz pierwszy wystąpił na forum ONZ podczas 72. Sesji Zgromadzenia Ogólnego. Już choćby z tego powodu było to wystąpienie ważne i oczekiwane. Prezydent zaprezentował światu poglądy i zamierzenia dotyczące najbliższych posunięć swej administracji w obszarze polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Równocześnie przybliżył nieco wgląd w aktualną sytuację, jaka po wyborach prezydenckich zaistniała na szczytach władzy.
Zakończona w ubiegłym roku kampania wyborcza, szczególnie pojedynek Clinton-Trump zdawała się sugerować mniejszą skłonność Trumpa do arbitralnych, nie liczących się ze światem amerykańskich rozwiązań siłowych, do ewentualnej gotowości poszukiwania pokojowego rozwiązywania problemów, do mediacji. Trump jeszcze niedawno kwestionował sens istnienia Sojuszu Północnoatlantyckiego w dotychczasowej formie i bezdyskusyjnego zaangażowania USA w europejskie bezpieczeństwo. W tym kontekście deklarowana przez Trumpa pewna doza sympatii do Putina pozwalała żywić nadzieję, że nie bacząc na sygnalizowany od początku opór kół zainteresowanych eskalacją napięć z Rosją – ponowny reset w stosunkach z Moskwą jest możliwy, tym bardziej że w Stanach nie brak było postaci wybitnych, którzy z uznaniem witali każdą próbę poprawy relacji z Rosją. Przykładowo, na co zwrócił uwagę tygodnik „Przegląd”, em. profesor Princeton i New York Stephen Cohen w wywiadzie internetowego magazynu „Slate”, z pełnym uznaniem przypomniał słowa Donalda Trumpa: „Czy nie byłoby wspaniale, gdybyśmy współpracowali z Rosją?”. I profesor odpowiedział bez wahania: „nie tylko byłoby wspaniale, ale jest to imperatyw. Obecnie świat wszedł w nową fazę zimnej wojny. Ta zimna wojna jest jeszcze niebezpieczniejsza niż poprzednia”.
Przemówienie prezydenta Trumpa wygłoszone w ONZ ujawniło jednak kim dzisiaj jest Donald Trump. Atakowany z powodu swego zdroworozsądkowo-biznesowego stanowiska w sprawie Rosji przez waszyngtońskie koła zainteresowane wyścigiem zbrojeń i jednobiegunowym zarządzaniem światowym porządkiem oraz dodatkowo obciążany zarzutem interwencji rosyjskich hakerów w wyborach, a także odbierając wypowiadane w związku z tym groźby impeachmentu – wszystkie te ataki i oskarżenia spowodowały, że Trump zmuszony został do radykalnej zmiany swego politycznego imagine. Niedawne jeszcze nadzieje części opinii publicznej, by w wyścigu do Białego Domu wygrał ktokolwiek byle nie Hilary Clinton, ukazały światu całą ułudę tego myślenia. Trump obecnie jest tylko figurantem ubezwłasnowolnionym przez amerykański kompleks przemysłowo-militarny pchający świat do wojny na obcych ziemiach. A że w świecie polityki jest człowiekiem przypadkowym, biznesmenem, a nie mężem stanu, człowiekiem bez politycznych „właściwości" - sytuacja dla świata jest groźna. Niektóre fragmenty emocjonalnego przemówienie prezydenta Trumpa, miejscami mogły przypominać wściekłe mowy najbardziej „zasłużonych” demagogów, jacy przydarzyli się Europie. America first to u Trumpa doktryna oparta na skrajnym egoizmie narodowym, to nie liczenie się z całym światem, buta, stawianie problemów politycznych na ostrzu noża, patrzenie na świat przez pryzmat jednej własnej prawdy. Postulowany coraz szerzej bezpieczniejszy, policentryczny porządek świata dla Trumpa nie wart dziś nawet uwagi.
W 2002 roku dla George'a Busha ‘osią zła’ były Iran, Irak i Korea Północna, teraz dla Trumpa taką ‘oś zła’ stanowią Korea Płn., Iran i Wenezuela. W przemówieniu skrytykował ważne dla światowego pokoju porozumienie nuklearne z Iranem. Władze Iranu to dla Trumpa „morderczy reżim”. Porozumienie w sprawie irańskiego programu nuklearnego uznał za porozumienie „żenujące dla Stanów Zjednoczonych” i zapowiedział, że już "wkrótce o tym usłyszycie". Ostro zaatakował władze Wenezueli, zarzucając jej dyktaturę i kierowanie się „fatalną socjalistyczną ideologią”, której hołduje Nicolas Maduro, a która doprowadziła kraj do upadku, a społeczeństwo do niewyobrażalnych cierpień. Podkreślił, że w stosunku do Caracas, Waszyngton z całą mocą kontynuować będzie politykę sankcji, bowiem celem Waszyngtonu jest pomoc Wenezueli „w odzyskaniu wolności”. Zaapelował też o pilne zwiększenie presji na Koreę Północną. Odrzucił apele m.in. Sekretarza Generalnego ONZ Antonio Guterres’a o podjęcie próby pokojowego rozwiązania konfliktu na półwyspie koreańskim. Oświadczył, że w przypadku zagrożenia dla Stanów nie zawaha się doprowadzić do całkowitego „zniszczenie wrogiej KRLD”. Groźbom tym towarzyszą hasła o przodującej amerykańskiej demokracji, amerykańskiej wolności, amerykańskim porządku. Biały Dom nazywa tę politykę "pryncypialnym realizmem". Ale „pryncypialny realizm” ogłoszony przez prezydenta Trumpa w ONZ dotyczy jedynie najbliższych, bieżących kwestii waszyngtońskiego Pax Americana. Strategiczne plany pozostają w ukryciu. Jedynie stałe poszerzanie amerykańskiej obecności militarnej na całym świecie w postaci baz wojennych, ich rozmieszczenie i wyposażenie może obserwatorom przybliżać strategiczne zamiary USA, sugerując nawet, iż może ono stanowić zespół doskonale znanych prawu czynności przygotowawczych do … do strategicznie zaplanowanej akcji militarnej i to zarówno defensywnej jak i ofensywnej. Niepokój wywołać może także obserwowana od 2014 roku tendencja do znacznego wzrostu wielkości budżetu obronnego US Army. Gdy w 2015 roku projekt budżetu Pentagonu zamykał się kwotą 496 mld USD, to w 2016 roku podniósł się do kwoty 534 mld USD, a w 2017 roku osiągnął już sumę 582,7 mld USD. Zwraca przy tym uwagę fakt, że zgodnie z danymi SIPRI (Sztokholmski Instytut Badań nad Pokojem) budżet obronny USA stanowi aż 37% wydatków na zbrojenia w całym świecie. Jest to największy w Ameryce wzrost wydatków od epoki „zimnej wojny”, czasów prezydenta Regana. Tendencja ta nie gaśnie wcale. Ostatnio Kongres Stanów Zjednoczonych debatując nad budżetem Departamentu Obrony na 2018 rok, nie bacząc, iż projekt przedstawiony przez prezydenta zamknął się kwotą 611 mld USD zaproponował zwiększenie budżetu Pentagonu aż do sumy 631,5 mld USD. W związku z tak wyraźnym i odczuwalnym wzrostem wydatków na resort obrony krytycy w Stanach zarzucają postępujący spadek wydatków na oświatę, zdrowie, ochronę środowiska, potrzeby socjalne, na badania podstawowe i naukę. Naukowcy żalą się, że „wygląda na to, że nasz kraj szykuje się na wojnę, ale nie dba o przyszły rozwój kraju”. Tymczasem zdaniem szefa senackiej komisji ds. sił zbrojnych USA McCain’a, budżet bazowy Departamentu Obrony w 2018 roku powinien wynosić 640 mld USD, a później powinien co roku wzrastać skokowo o 4%.
Zasygnalizowana wyżej tendencja oraz „pryncypialny realizm” prezydenta ogłoszony światu w ONZ powszechnego entuzjazmu w Stanach nie wywołuje. Krytyka płynie ze środowisk uniwersyteckich i części środowisk inteligenckich. Dla przykładu warto przywołać pogląd znanego amerykańskiego producenta, reżysera i scenarzysty Olivera Stone laureata trzech Oskarów, który w interesującym wywiadzie dla agencji Sputnik oznajmił, że „wygląda na to, że w USA istnieje «głębokie państwo», prawdziwa władza i kierownictwo rządzące państwem i podejmujące decyzję. Składa się na to przemysł zbrojeniowy, korporacje, a także służby wywiadu. Mają najwyraźniej wyłączną władzę, której nie miały, kiedy byłem młodszy. Rozrosły się do przerażających rozmiarów. Myślę, że specjalnie stworzyły tyle problemów z Rosją. Sądzę, że Prezydent USA Donald Trump jest przyparty do muru przez amerykańskie służby specjalne i nie ma żadnej możliwości na zresetowanie stosunków z Rosją, nawet gdyby tego chciał”. Słowa Olevera Stone, mają wyjątkową wartość. Są jak zeznania świadka. Mogą stanowić dowód. Nie wolno przejść obok nich obojętnie. Obserwacje tego wytrawnego filmowca i humanisty przerażają. „Głębokie państwo”, które coraz śmielej spycha świat w otchłań wojny szokuje i napawa lękiem. Tym bardziej więc w obliczu realnych zagrożeń, ci którzy zachowali resztki zdrowego rozsądku mają obowiązek przeciwstawiać się chorym tendencjom dążącym do militarnych konfrontacji. Pokój jest bowiem znów kruchy. A pokój to jak powietrze.
poniedziałek, 4 września 2017
Kwaśniewski blogerem Sputnika?
Polski Gorbi
Aleksander Kwaśniewski uznawany jest za jednego z najwybitniejszych polityków polskiej lewicy ostatniego trzydziestolecia. Już w latach swoich studiów dał się poznać jako działacz studenckich organizacji socjalistycznych. W latach 1981-85 redaktor naczelny najpierw tygodnika itd., potem dziennika Sztandar Młodych. U schyłku PRL pełnił ważne funkcje ministerialne w gabinetach premiera Meissnera i Rakowskiego. Prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Prominentny reprezentant rządowej reprezentacji w obradach Okrągłego Stołu. Po rozwiązaniu PZPR współtwórca socjaldemokracji w Polsce i przewodniczący SLD. Od grudnia 1995 do grudnia 2005 roku, przez dwie kadencje – prezydent RP. Współautor obowiązującej konstytucji z 1997 roku. Kandydat do najwyższych urzędów i godności nie tylko krajowych ale także międzynarodowych. W czasie jego kadencji, Polska w 1999 roku zostaje przyjęta do NATO, a w 2004 wstępuje do Unii Europejskiej.
Kwaśniewski, przynajmniej do połowy lat osiemdziesiątych nie ujawniał jakichkolwiek wątpliwości w kwestii obowiązującej w kraju narodowej polityki bezpieczeństwa opartej na sojuszu ze Związkiem Radzieckim i udziale Polski w Układzie Warszawskim. W tamtym okresie był nadzieją polskiej lewicy. Towarzysz młody, energiczny, otwarty na świat, godny zaufania, wierny linii politycznej partii – takie opinie musiały być z pewnością wyrażane najczęściej o Kwaśniewskim.
W ostatnim dwudziestoleciu XX wieku historia zaczęła jednak przyśpieszać. Radziecka „pierestrojka”(1985-1991), ale szczególnie wybuch Solidarności w 80. roku zapoczątkował w Europie Środkowo-Wschodniej historyczne, burzliwe przemiany, a lata 89-90 ubiegłego wieku to wręcz czas pokojowej rewolucji. W kwestiach polskiego bezpieczeństwa to właśnie te przemiany spowodować musiały całkowitą zmianę poglądów Kwaśniewskiego. Po prostu uznał, że musi dostosować je do sytuacji nowej, w końcu „nadbudowa” nie może wisieć w próżni gdzieś poza „bazą”. Z jego dawnego, wydawało się utrwalonego stanowiska, dekretującego trwały sojusz polsko-radziecki nie pozostał najmniejszy nawet ślad. Po transformacji ustrojowej Kwaśniewski zmienia więc poglądy, staje się gorliwym zwolennikiem przeorientowania polskich sojuszy i związania bezpieczeństwa Polski z Paktem Północno-Atlantyckim. Trzeba jednak przyznać, że w tym czasie zdecydowanie większa część polskiego społeczeństwa, niesiona emocjami solidarnościowej rewolucji pragnęła oparcia swojego bezpieczeństwa o sojusz z Paktem Atlantyckim. Według badań OBOP-u z marca 1999 roku aż dwie trzecie Polaków (67%) popierało członkostwo Polski w NATO. Przeciwnikami przystąpienia był jedynie co dziesiąty Polak (9%), a co szósty (16%) mówił, że jest mu to obojętne. Nic dziwnego zatem, że od początku 1995 roku pełne poparcie dla orientacji euroatlantyckiej stało się nawet jednym z głównych punktów programu wyborczego Aleksandra Kwaśniewskiego pod nazwą „Wybierzmy przyszłość”.
Impreza w Helenowie
Jednak członkostwo Polski w szeregach NATO, nie było rzeczą prostą. Wymagało bowiem jeszcze aktywnego zaangażowania elit politycznych polskich, amerykańskich i zachodnioeuropejskich. Udział Kwaśniewskiego w polskich dążeniach do przystąpienia do NATO zasługuje zapewne na odrębną, niemałą, należną mu cząstkę chwały. Przy tej okazji warto jednak wspomnieć, że sam kilkuletni proces przystąpienia zapamiętany zostanie zarówno ze swej bachusowej dyplomacji jak i skutecznej makiawelicznej przynęty. A w obu przypadkach za sprawą polskich postaci obdarzonych zapewne ułańską fantazją. Przypomnijmy, że w 1993 roku, a więc na dwa lata przed objęciem przez Kwaśniewskiego urzędu prezydenta, ówczesnego polskiego prezydenta Lecha Wałęsę rewizytuje z całą swą świtą prezydent Borys Jelcyn. Wałęsa, po rezygnacji ze swych planów budowy NATO-bis, prawidłowo odczytując ówczesne polskie nastroje uznaje, że w kwestii naszego przystąpienia do NATO, skoro nadarza się okazja, to warto spróbować uzyskać jakieś porozumienie z Jelcynem. Któż jednak poza Wałęsą mógłby w tak rubasznie pospolity sposób wymusić na Jelcynie zgodę na przystąpienie Polski do NATO? A Wałęsa, w nocy z 24 na 25 sierpnia 1993 roku podczas biesiady w Helenowie pokazał, że ma głowę silniejszą nawet od słynnej, zaprawionej głowy Jelcyna. To Wałęsa uzyskał od Jelcyna oficjalne oświadczenie, ze „decyzja o przystąpieniu Polski do NATO sprzyja stabilizacji politycznej w Europie i nie jest sprzeczna z interesem Rosji” (co prawda już w niecały miesiąc, Jelcyn cofnął oficjalnie swą zgodę wyrażoną w tak nietypowo dyplomatycznych warunkach w Helenowie).
Niezawodny polski jastrząb w Waszyngtonie
Rosyjskie przeszkody nie wyczerpywały jednak wszystkich trudności na drodze do spełnienia marzenia by „wybrać przyszłość”. W Ameryce bowiem także narastały w tej sprawie obawy. Większość klasy politycznej uważała, że przybliżanie struktur NATO do granic Rosji stanowi poważne zagrożenie dla pokoju, a i sytuacja polityczna, jak twierdzono, niczym nie usprawiedliwia podejmowania takiego ryzyka. Stanowisku ówczesnych elit (w tym i Kongresu USA urabianemu szczególnie przez New York Times), a wyrażającemu kategoryczny sprzeciw wobec rozszerzenia NATO bez zgody Moskwy – wyzwanie rzucił sam Zbigniew Brzeziński. To Brzeziński wystąpił z ideą „paralelizmu”, dzięki której w sprawie nastąpił zwrot. Była to koncepcja zmierzająca do uśpienia rosyjskich obaw, koncepcja, jak się dziś mówi, „znieczulenia niedźwiedzia” przed operacją wyrwania mu pazurów, którymi mógłby walczyć w obronie swych racji. Idea „paralelizmu” Brzezińskiego dawała bowiem Moskwie poczucie wspólnoty. Polegała na przyjęciu koncepcji zgodnie z którą NATO będzie odtąd budować specjalne przyjazne stosunki z Rosją, a w zamian Moskwa przestanie sprzeciwiać się planom poszerzenia Sojuszu. W ten sposób, twierdzono, nawet krucha demokracja w Rosji wcale nie ucierpi. Wprawdzie z oporami – idea „paralelizmu” została przez Moskwę przyjęta! W dniu 27 maja 1997 roku Borys Jelcyn i sekretarz generalny NATO Javier Solana podpisali Akt o Współpracy i Bezpieczeństwie między NATO i Federacją Rosyjską. Z kompetencji powołanej tym Aktem Stałej Rady NATO-Rosja wyłączono jednak kwestie strategiczne, obronne, decyzje dotyczące akcji zbrojnych, dyslokacji wojsk oraz przyjmowania nowych członków z równoczesnym zastrzeżeniem m.in. zakazu stałego stacjonowania wojsk NATO oraz broni atomowej na terenie wszystkich nowych członków Sojuszu.
Konsekwencje zwycięstwa Neokonów
Mimo porozumienia Zachodu z Moskwą jeszcze przez dwa lata hasło „wybierzmy przyszłość” nie mogło być w pełni zrealizowane. Dobijanie się Polski do NATO trwało. Do boju o NATO ruszyli wszyscy znani przedstawiciele ówczesnego obozu władzy na czele z ministrem spraw zagranicznych Bronisławem Geremkiem i prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim. Program przystąpienia do NATO aktywnie wspierała Polonia w Ameryce, wykorzystując każdą sposobność do wywierania presji na kongresmenów celem uzyskania ich poparcia. Jednak amerykańskie obawy przed sprowokowanym przez Sojusz załamaniem „kruchej demokracji” w Rosji i ponownym rozpętaniem zimnej wojny istniały długo. I dopiero po uznaniu, że nastąpił całkowity rozpad dwubiegunowego ładu w świecie, a równocześnie po zwycięstwie w USA kół dążących do samodzielnego zarządzania światem, a także uzyskaniu poparcia takich znaczących postaci jak John McCain, Ronald Asmus, a szczególnie Zbigniew Brzeziński i sekretarz stanu Madeleine Albright, opór przeciwników poszerzenia Sojuszu został przełamany. Dopiero więc 26 lutego 1999 roku prezydent Kwaśniewski mógł triumfalnie złożyć podpis o przystąpieniu Polski do NATO, a 12 marca na Placu Piłsudskiego uczestniczyć w uroczystej ceremonii podniesienia na maszt flagi NATO.
Lojalny sojusznik Ameryki
Trzeba przyznać, że prezydent Kwaśniewski od początku swej prezydentury starał się być absolutnie lojalnym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych. W znaczących dla polityki amerykańskiej, gorących kwestiach militarnych, USA zawsze mogło liczyć na polską pomoc i zaangażowanie. I tak, od 18 czerwca 1999 roku, jeszcze nawet nie będąc członkiem NATO, polskie jednostki wojskowe uczestniczyły w byłej Jugosławii udzielając wsparcia siłom NATO. W marcu 2002 roku pierwsza grupa polskiego wojska została wysłana do Afganistanu w ramach amerykańskiej operacji Enduring Freedom (a w Afganistanie polscy żołnierze są nadal). Od 2002 roku polskie wojsko brało udział w planowanej przez USA drugiej inwazji na Irak, by już od 20 marca 2003 roku wziąć czynny udział bojowy w amerykańskiej interwencji pod kryptonimem Iraqi Freedom. Szczególnie II wojna w Zatoce Perskiej wywołana przez USA pod całkowicie fałszywym oskarżeniem posiadania przez Irak broni masowego rażenia, podjęta wbrew rezolucji Rady Bezpieczeństwa i stanowisku europejskich sojuszników Ameryki (poza wielką Brytanią i Polską) – do dziś wywołuje kontrowersję i krytykę. Decyzję o udziale polskiego wojska w tych amerykańskich wyprawach podejmował prezydent Kwaśniewski na wniosek premiera. Ile polskich ofiar wymagały wyprawy US Army? Janusz Palikot wyraźnie oszczędzając Kwaśniewskiego nigdy nie odwołał zarzutu, że premier „Miller ma krew na rękach”(rzetelność nakazywałaby zauważyć, że Miller wnioskował, ostatecznie decydował jednak sam Kwaśniewski!). Tymczasem obaj panowie, zarówno Kwaśniewski, jak i Miller do dziś nie mają sobie nic do zarzucenia twierdząc, że i dziś zrobili by podobnie! Aktywność prezydenta Kwaśniewskiego wspierającego politykę amerykańską widać było też wyraźnie na jego ukraińskiej ścieżce politycznej. Wyraźnie sprzyjająca postawa dotycząca już wówczas antyrosyjskiej tzw. rewolucji pomarańczowej, zażyłe stosunki z nacjonalistyczną elitą ukraińską, reprezentującą stanowisko nie tylko własne, ale i w globalnym wymiarze przede wszystkim amerykańskie – wszystkie te okoliczności świadczyły o pełnym zaangażowaniu Kwaśniewskiego w realizację treści zmierzającej do zabudowania swego hasła wyborczego programem ścisłej kooperacji z amerykańskim programem jednobiegunowego zarządzania światem.
Czy Kwaśniewski na portalu sputnik.pl zdradził Amerykanów?
Z pełnym przeto niedowierzaniem można na stronie www.sputnik.pl przeczytać artykuł Aleksandra Kwaśniewskiego pt. „Ruski straszak dobry na wszystko”, w którym autor kpi z amerykańskiej propagandy obwiniającej Rosjan o wszelkie niegodziwości i pozwala „usprawiedliwić każdą międzynarodową podłość silnych wobec słabszych(…). Jeśli coś poszło nie tak, wystarczy powiedzieć, że za niepowodzeniem stoją Ruscy…” Na tym Aleksander Kwaśniewski, jako bloger „Sputnika” nie poprzestał. Najbardziej rewelacyjne poglądy wyłożył dalej. Nawiązując do McCaina, którego zdaniem Rosja jest większym zagrożeniem niż Państwo Islamskie – Kwaśniewski stwierdza przekornie: „McCain ma rację. Rosja jest zagrożeniem dla świata, w którym Amerykanie wywołują wojny gdzie chcą, udzielają zezwolenia na zmianę lub zmieniają rządy w dowolnym kraju, doprowadzają do wojen domowych, umożliwiają powstanie organizacji terrorystycznych o zasięgu globalnym oraz jednostronnie i arbitralnie kreują rozwój lub niedorozwój gospodarczy wybranych krajów zgodnie z własnymi interesami…”. W artykule niektóre wątki Kwaśniewski rozwija. Wszystkie uwagi blogera świadczą o refleksyjnym spojrzeniu na rzeczywistość. Są oceną porządku we współczesnym świecie regulowanym zasadami Pax Americana, albo…oddajmy zresztą głos internautom czytającym blog Kwaśniewskiego. Oto post umieszczony pod artykułem, który jak sądzę zasługuje na uwagę: ‘Po przeczytaniu, cóż powiedzieć? Brawo pan Kwaśniewski! Wpis na blogu w m/ocenie wnikliwy, mądry i dojrzały. I tylko jedno pytanie w kontekście tych wygłoszonych przez blogera poglądów rodzi się natarczywie: czy zejście pana Kwaśniewskiego z drogi zdecydowanego filo jankesa popierającego wojny amerykańskie w Iraku, Jugosławii, w świecie, przyjaciela anty ruskiej Ukrainy - nawrócenie na drogę prawdy i politycznej rzetelności to droga nawróconego Szawła, a więc wynikająca z politycznego autentycznego nawrócenia, do którego człowiek zawsze ma prawo, czy wynik politycznej kalkulacji po stwierdzeniu, że jednak „Jankesi, których tak wspierałem nie okazali ni odrobiny wdzięczności, nie powołano mnie na sekretarza NATO, nie powołano na stanowisko w ONZ, słowem czy nadal warto grać ich kartą? Może więc raczej należy znów wejść na dawne utarte tory przyjaciela Moskwy"’.
Epilog dramatu: Kwaśniewski Amerykanów nie zdradził
Otóż Szanowny Internauto, widać, że nie raczyłeś przyjrzeć się uważnie zdjęciu zamieszczonemu na blogu Kwaśniewskiego. Czy jest możliwe, by prezydent Kwaśniewski przemalował swoją pięcioramienną amerykańską białą gwiazdę, którą nosi na ramieniu, na pięcioramienną gwiazdę czerwoną? Niemożliwe! Czyż byłoby możliwe, by prezydent Aleksander Kwaśniewski zamiast zwykłego choćby nawet czarnego, skromnego kapelusza paradował w kapeluszu tak okazałym i wymyślnym jak na zdjęciu? Wykluczone! Czyżby było możliwe, by prezydent Kwaśniewski przebywał w towarzystwie nikczemnika podejrzanego o kierowanie agresywną, ludobójczą armią niosącą ludności cywilnej, kobietom i dzieciom w Syrii śmierć i zagładę? Nigdy! Przenigdy! Wniosek nasuwa się więc prosty. Prezydent Kwaśniewski ma imiennika, który bloguje na stronie sputnika. I to on wypisuje te haniebne uwagi o miłującej pokój armii amerykańskiej podszywając się pod naszego prezydenta. I właśnie zdemaskowanie tej prowokacji jest najbardziej pozytywną wiadomością wynikającą z całej tej historii. Oznacza to, że prezydent Kwaśniewski odkąd za sojusznika wybrał ten wspaniały zamorski odległy kraj stale pozostaje mu wierny i lojalny wobec jego armii i nigdy naszych drogich sojuszników nie zdradzi. No, chyba żeby już niebawem nastąpiły w świecie burzliwe przemiany, nowe rewolucje (oby pokojowe!), które wymagać będą ponownego dostosowania swej prywatnej nadbudowy do nowej publicznej bazy. Powiemy wówczas, że to vis maior współczesnej epoki za którą nie możemy brać odpowiedzialności. Wówczas może się okazać, że blog Kwaśniewskiego był jednak autentyczny.
środa, 2 sierpnia 2017
Powstanie Warszawskie
Powstanie Warszawskie Anno Domini 1944 – to chluba ostatnich dziejów Warszawy i Polski. Zaczyna z wolna stawać się już sagą założycielską polskiej niepodległości. Dziś cała Polska składa hołd Powstaniu i jego bohaterskiej młodzieży, która na barykadach oddawała życie za Wolność i Niepodległość Polski. Powstanie zaczyna obrastać chwalebną legendą. Śpiewamy Marsz Mokotowa, śpiewamy o sanitariuszce Małgorzatce, wyją syreny, biją dzwony… Wyuczyliśmy w końcu Amerykanów, że Warszawa miała dwa powstania, co w gorących i wzruszających słowach potwierdził sam prezydent Trump, (nota bene już w 2004 roku Kanclerz Gerhard Schroeder na Pl. Powstańców W-wy także przyjął fakt ten do wiadomości, ale mimo czynionych wysiłków opisał to w słowach dla Polaków oschłych i mało wzruszających).
Tak, polska młodzież walczyła bohatersko i krwawo o każdą ulicę swojej stolicy, o każdy dom, o każdy zaułek domu. Młodzież walczyła z niebywałym poświęceniem. Nie szczędzono krwi i znoju. I pomimo braku amunicji, mimo druzgocącej przewagi militarnej wroga, walka trwała niemal przez całe 63 dni. No! co prawda, poza nadzwyczajną chwałą, którą symbolizuje pomnik Gloria Victis i setkami brzozowych krzyży na Powązkach – efektu militarnego nie osiągnięto. Przeciwnie! Jaki więc efekt przyniosła danina tej młodzieńczej polskiej krwi? Skutki powstania to 20-30 tysięcy poległych w walkach powstańców, rzezie dokonane na warszawiakach, śmierć 200 tysięcy cywilów i totalna zagłada miasta. Opisy historyczne i dane faktograficzne są suche i bezwzględne.
Słychać często, że zryw powstańczy przeciwko wrogowi był dla młodzieży tamtych lat moralnym imperatywem. Fakt, że okupacja hitlerowska była w Polsce nadzwyczaj okrutna, że nienawiść do Niemców była powszechna, ale żeby te pokłady piekącego gniewu przekuć na powszechny zbrojny rokosz – sama nienawiść nie wystarczy. Nienawiść tę należało zagospodarować, uzbroić, wyposażyć do walki i w końcu zorganizować w szeregi bojowe. Ta część obmyślanej walki z wrogiem, planowała i rozkazem 1 sierpnia 44 roku wykonała Komenda Główna A.K. Już tylko z samej treści pomnika poświęconego powstańcom widać niestety, że był to rozkaz prowadzący młodzież do zagłady. A rzekomy imperatyw moralny jako podstawowa przyczyna powstania, nawet gdyby był prawdziwy (a nie był!), jeśli w sposób nieunikniony prowadzi do zagłady – jest zbrodnią. Zbrodnią wobec młodzieży, gorącej w swej patriotycznej nienawiści do wroga; zbrodnią wobec tej większości, którą nie pytano o zdanie, a która absolutnie nie zamierzała dokonywać samobójstwa w myśl urojonych planów politycznych. Niestety, była więc zbrodnią p-ko narodowi. Stanisław Likiernik, wielokrotnie ranny w powstaniu, aktywny jego uczestnik, tak ocenia owo polityczno-militarne wydarzenie: „Powstanie, które nie miało najmniejszej szansy na powodzenie można nazwać zbrodnią, a już na pewno tragedią i katastrofą”. Likiernik pytany o żyjących w piwnicach reakcję zwykłych warszawiaków opowiedział o ich złości i rezygnacji: „Coście zrobili idioci! W jakiej jesteśmy sytuacji!”. Gen. Władysław Anders, którego skądinąd nie jestem gorącym wielbicielem twierdził, że odpowiedzialni za wywołanie powstania winni byli odpowiadać przed sądem wojennym (szkoda, że podobnego poglądu nie miał wobec zatrzymanych na Zachodzie banderowców służących w formacjach SS).
Także uważam, że odpowiedzialność za śmierć polskiej młodzieży i zagładę stolicy dokonaną z przyczyn błędnie rozumianego interesu politycznego nie ponieśli dotąd odpowiedzialności. A są to gen. Okulicki, gen. Pełczyński oraz płk. Rzepecki i płk. Chruściel „Monter”, a także gen. Bór-Komorowski. Nie są całkiem wolni od odpowiedzialności także ci członkowie Rządu Londyńskiego, którzy z aprobatą przyjmowali meldunki o planowanym przez KG A.K. zorganizowaniu powstania. Na skutek ówczesnej politycznej poprawności członkowie KG nie stanęli przed plutonem egzekucyjnym, przeto dziś sprawiedliwie i surowo winna rozliczyć ich historia. Nikt bowiem przy zdrowych zmysłach nie może pojąć jakie realne, militarne kalkulacje mogli oni wiązać z Armią Czerwoną zatrzymaną na prawym brzegu Wisły. Wszak w zamierzeniach decydentów powstanie wymierzone miało być militarnie p-ko Niemcom, a politycznie p-ko Związkowi Radzieckiemu. Polityka, zwłaszcza w okresie wojny, jest twarda i bezwzględna. Stalin nie miał najmniejszego interesu, by wspomagać siły, które de facto były jego strategicznym przeciwnikiem. Ówcześni przywódcy nasi o tym nie wiedzieli, czy może zapomnieli? Na ten temat wspomina wymieniany wyżej bojownik powstania Stanisław Likiernik: „Przyszedł do mnie Roman Bratny i mówi: <Jeżeli zrobimy powstanie, to Stalin zatrzyma się i poczeka, aż nas Niemcy wykończą>. Ja mu na to: Roman, ja to wiem i ty to wiesz, więc nasi szefowie też to wiedzą. Muszą mieć jakąś koordynację z Rosjanami. Niestety nie mieli żadnej”.
Huczne dziś świętowanie tej tragicznej rocznicy, to niestety, po części, przejaw wykorzystywania dla aktualnej politycznej gry ważnych, a przy tym tragicznych wydarzeń życia narodu. A pogląd pana prezydenta Andrzeja Dudy, który stwierdza, że dzięki Powstaniu Warszawskiemu 44 roku Polska w 89 roku odzyskała niepodległość – to przejaw upadku nauk podstawowych w ogóle, takich jak choćby logika i historia, to obraz praktykowany przez obecny obóz władzy. Historia wielu polskich powstań zdaje się potwierdzać stale ten sam błąd „założycielski” naszych powstań: rzekomy imperatyw moralny polskiej młodzieży jako siła sprawcza wszelkich buntów i rebelii (często podsuwany młodzieży przez siły obce niekoniecznie przyjazne i zgodne z polską racją stanu). A w kontrze do tego złowrogiego mitu – wciąż kołacze rozsądek polityczny wynikający z geopolitycznie pojmowanej racji stanu. Warto by przy tej okazji, na ile się to tylko da, zbadać, czy i jaki był wpływ zagranicznych ośrodków propagandy i podmiotów prowadzących politykę europejską na przeważający pogląd Rządu Londyńskiego w sprawie dotyczącej polityczno-militarnego sensu rozpoczęcia powstania.
czwartek, 20 lipca 2017
Jeszcze Polska nie zginęła...
Szanowni Państwo oto mamy dziś niebywałą okazję uczestniczenia w poglądowej lekcji historii Polski. Pokolenia naszych polityków, pisarzy i historyków na kartach swych rozpraw, publikacji i powieści przez całe dwa wieki wiedli spory o przyczyny upadku Rzeczypospolitej w XVIII wieku. Ale tylko my dzisiaj, poprzez telewizyjne transmisje z obrad polskiego parlamentu możemy dzięki odtwarzanym tam gestom i oskarżeniom, okrzykom i groźbom, drobnym rękoczynom, prowokacjom i decyzjom ogarnąć wzrokiem zachowania naszych wspaniałych przodków z XVIII wieku.
Co za rozkosz dla duszy widzieć i słyszeć naszego jurystę najwybitniejszego wśród gołoty, JE posła Borysa, gdy niczym magnat Koniecpolski herbu Mała Putka, wolno i precyzyjnie wyznacza gdzie jest Niezawisły Trybunał i prawo, a gdzie partyjne jedynowładztwo i bezprawie. A czyż nie drżymy z przerażenia, gdy nasza droga myszka-agresorka waląc w pulpit i groźnie swym palcem wskazując zło, piszczy i krzyczy tak mocno, że jesteśmy prawie pewni, że to nas tak okrutnie myszka piętnuje! Ileż pozytywnych skojarzeń, ile ożywczych refleksji budzi nasza szlachecka gołota, gdy w rytm Mazurka pięścią wystukuje poglądy przekazane jej przez partyjnych oligarchów. A przecież w chwalebnej intencji i tylko po to, aby zagłuszyć tych którzy nie mają racji. I gdy ktoś nieproszony, nie w takt wspólnych śpiewnych recytacji wygłasza z miejsca przez trąbę swe żądania, czyż nie mamy prawa za wybitną jejmość krzyknąć ‘zamknij mordę, chamie!’. Na koniec retorycznie jeno zapytam, czy mogą kogoś nie wzruszać te spontaniczne i szlachetne sceny walki, które świadoma gołota, nie żałując nawet sprzętu do siedzenia i siły swych mięśni, a nawet papierowych dokumentów przerobionych naprędce w niedościgłe F-16, które wymierza we wrogie stronnictwo – walcząc zaciekle o prawdę. I głosi przy tym z przejęciem, że prawda nas wyzwoli, wyzwoli z tyranii i despotyzmu. Zaiste, nasze współczesne sejmiki szlacheckie dbają o historyczną poprawność. Jeszcze Polska nie zginęła..!
poniedziałek, 3 lipca 2017
Pożytki warszawskiej wizyty Trumpa
Już tylko godziny dzielą nas od wizyty prezydenta Donalda Trumpa w Polsce. Trump „po drodze” na zaplanowany na 7-8 lipca szczyt G-20 w Hamburgu odwiedzi Warszawę. Polska, pełniąca w polityce międzynarodowej, podług słów Stanisława Michalkiewicza, rolę amerykańskiego dywersanta wobec Rosji – jest szczególnie usatysfakcjonowana zgodą na przyjazd głównego formalnego patrona i strażnika realizacji polskich zadań. Wielka w tym zasługa prezydenta Dudy, jego ministra Szczerskiego, a nawet (choć jakby w trochę mniejszym stopniu) ministra Waszczykowskiego. Rozmowy jakie odbędą się w czwartek 6. lipca dotyczyć będą przede wszystkim dalszego wzmocnienia bezpieczeństwa Polski czyli zwiększenia obecności US Army w Polsce, oczywiście w obliczu groźby ataku ze strony Rosji! Ważnym zagadnieniem będzie też kwestia politycznego, ekonomicznego i militarnego amerykańskiego wzmocnienia idei tzw. Międzymorza. Inną, niezmiernie ważną kwestią w przeddzień spotkania Trumpa z Putinem w Hamburgu będzie w miarę delikatna i ostrożna próba zapobieżenia zbliżeniu między Trumpem i Putinem, szczególnie w obliczu jego wypowiedzi otwartych na współpracę z Putinem w czasie kampanii wyborczej. Próba zatem przekonania Trumpa o bezcelowości poważnego traktowania jakichkolwiek uzgodnień z Putinem. Zdaniem strony polskiej prezydent Rosji nie zasługuje przecież na poważne traktowanie przez przywódcę wolnego świata. Przemówienie jakie w najbliższy czwartek na tle pomnika warszawskich powstańców ma wygłosić Trump, będzie zapewne dla strony polskiej, ale i dla strony rosyjskiej pewną wskazówką, na ile stronie polskiej udało się wpłynąć na postawę Trumpa. Tak czy inaczej, w związku z decyzją Trumpa o zgodzie na przyjazd do Warszawy tuż przed jego ważną obecnością na spotkaniu przywódców państw G-20, Polska cieszy się traktując tę decyzję za wielki polski sukces.
Tymczasem patrząc na to od strony samego Trumpa, zaspokojenie dążeń Polaków, a w konsekwencji możliwość wizyty w Warszawie to dla niego dar niebios. Trump w Stanach Zjednoczonych ledwie dyszy. Inspirowani przez media zwiększające się gromady spośród dotychczasowych amerykańskich elit coraz głośniej wyrażają możliwość rozpoczęcia procesu pozbawienia Trumpa funkcji prezydenta. Impeachment grozi nie na żarty. Wspomniane elity mobilizują znaczne grupy społeczne żądające jego dymisji. Protesty przeciwko Trumpowi są częste, zaś akcje społeczne popierające Trumpa rzadkie. Podsycane przez media wystąpienia przeciwko Trupowi dotyczą nie tylko kobiet. Dotyczą wszelkich mniejszości, imigrantów, ludzi niezadowolonych jacy pojawiają się zawsze i wszędzie. W dodatku Trump, w przeciwieństwie do Obamy, na zachodzie Europy nie cieszy się uznaniem i szacunkiem na jaki być może zasługiwałby lider „wolnego świata”. Znany jest bowiem jego mało entuzjastyczny, a może wręcz negatywny stosunek do Unii Europejskiej którą postrzega przede wszystkim jako niebezpiecznego rywala USA. Spektakularnym przejawem tego stanowiska było choćby jego energiczne poparcie dla angielskiego Brexitu. Należy wspomnieć, że jego bezpardonowe wystąpienie na ostatnim szczycie NATO, na którym leitmotivem swego przemówienia uczynił jedynie wymówki o „żerowaniu” większości państw NATO na USA, a więc zarzuty o niewypełnianiu przez bogatych członków zobowiązań finansowych wraz z jakże znaczącym przemilczeniem treści zobowiązań wynikających z art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego, mocno osłabiło jego wizerunek w oczach przywódców Zachodu. Uznaje się dzisiaj, że o bezpieczeństwo Zachód musi zadbać sam. Podjęta natomiast jego decyzja o wycofaniu się z podpisanego przez USA zaledwie półtora roku temu paryskiego porozumienia klimatycznego ostatecznie zraziła Zachód do Trumpa. Prezydent USA znajduje się więc w sytuacji bez wątpienia trudnej. Wewnątrz – poważne zarzuty o podejrzanych i niestandardowych kontaktach z Kremlem z powodu których może stracić urząd i wcale nie ma pewności czy prawnik Białego Domu Don McGahn zdoła wykazać jego „niewinność”. Protesty społeczne odnoszące się do zagadnień ze sfer spoza wielkiej polityki wspierają antytrumpowski nacisk polityczny. Do tego lodowaty stosunek zachodnich elit politycznych, ale i zachodniego społeczeństwa daje w sumie sytuację nie do pozazdroszczenia. Wizyta w Polsce, była w tej sytuacji rozwiązaniem wielce pożądanym.
W Polsce każdy bowiem prezydent USA ma zapewnione ciepłe, może nawet gorące powitanie oraz pełne zrozumienie i bezkonfliktowe sojusznicze uzgodnienia. Czy można chcieć więcej? Kluby ‘Gazety Polskiej’ z całego kraju już czuwają nad zapewnieniem naszemu wielkiemu gościowi godnego i serdecznego przyjęcia. Tak więc całkiem niebagatelny argument może znaleźć się w rękach prezydenta zarówno dla oponentów w samych Stanach Zjednoczonych jak i dla mało przyjaznych przywódców na G-20. Trump będzie miał co pokazać! Wszystkim swym przeciwnikom może wykazać, że są narody, które szanują i doceniają prezydenta a przy tym są wiernym sojusznikiem Stanów! Trump może na tym skorzystać nie tylko wizerunkowo, ale również politycznie. Forsowana przez polską dyplomację idea Trójmorza, wraz z zaangażowaniem Stanów Zjednoczonych w to przedsięwzięcie – to przecież poważny strategiczny argument w rękach Trumpa w jego cichej wojnie z Unią Europejską. Obok więc dotychczasowych koncepcji Europy dwóch prędkości pozostających jednak w strukturach UE, w strategicznej grze może pojawić się nowa kategoria: Zachód, czyli zachodnia Europa w ramach Unii Europejskiej i Międzymorze w ramach ścisłego sojuszu z USA. Ciekawe jak na polskie idee przepołowionej Europy zareaguje świat.
sobota, 17 czerwca 2017
Gorąca linia z Putinem czyli apel o rzetelność przekazu
Przed dwoma dniami przez prawie bite cztery godziny trwała tzw. gorąca linia, podczas której prezydent Władimir Putin odpowiadał swym rodakom (jeden video-telefon był z USA) na zadawane przez nich pytania. Zdążył w ciągu tych godzin zająć publicznie stanowisko w 70 kwestiach, ale pytań nadesłanych do prezydenta było podobno około 2 miliony!
Polska propaganda zawsze zarzucała i nadal zarzuca propagandowy charakter takich dorocznych spotkań prezydenta Putina z narodem, służących rzekomo, jedynie umocnieniu władzy genseka. W mojej ocenie to zarzut wysoce nierzetelny i tendencyjny, wynikający wyłącznie z antyrosyjskich fobii. Spore fragmenty tej sesji obserwowałem na kanale RTR Planeta. Pytania dotyczyły spraw międzynarodowych, ale przede wszystkim Rosjanie mieli okazję zwrócić się do swego prezydenta w sprawach dla nich trudnych i bolesnych. Pytano o drożyznę w państwie, o nierówności płacowe w różnych regionach kraju, o kłopoty mieszkaniowe, o duże zaniedbania w służbie zdrowia. Ale pytano także o jego sprawy rodzinne na które Putin bez szczegółów, ale z godnością odpowiadał. Proszono o interwencję w sprawach losowych przez ludzi pozbawionych dachu nad głową w wyniku powodzi lub pożaru. Setki tego rodzaju pytań. To nie mogły być pytania i skargi ustawione przez organy propagandy. Jeśli były takie, to w znikomej ilości. Gros zagadnień miała charakter absolutnie autentyczny.
Obok spraw geostrategicznych poruszane były więc także żywotne problemy zwykłych ludzi ich troski o byt swój, swoich dzieci, swych seniorów. Myślę więc, że niewątpliwa strategiczna siła Putina, siła polityka przywracająca stopniowo wielkość Rosji – to tylko jedna z tajemnic jego popularności w kraju. Drugą, równie ważną jest właśnie ta otwartość Putina na problemy zwykłych ludzi. Putin na takich spotkaniach stara się prezentować jak Rosjanin „z krwi i kości”, jak ktoś kto nie oderwał się od swego narodu. Obie te dźwignie utrwalają jego autorytet i uznanie w narodzie. Tę sesję oglądałem pierwszy raz. Żałuj Drogi Czytelniku, że nie oglądałeś. Robiła duże wrażenie. Zadaje kłam antyrosyjskiej propagandzie. A u mnie wzbudziła jeszcze inną retoryczną refleksję: czy na tak wyczerpującą i podobnie pogłębioną sesję ze swym narodem zdecydowałby się polski prezydent lub inny przywódca kraju? Ba! czy odważyłby się na to któryś z przywódców tzw. wolnego świata?....
piątek, 12 maja 2017
Pochwała uczuć
Rozmowy niepolityczne
Dzień 7 maja to historyczna data nie tylko dla Francuzów. W wyborach prezydenckich po raz pierwszy od czasów Napoleona zwyciężył wyjątkowo młody, zaledwie 39 letni Emmanuel Macron. Na francuskiej scenie politycznej w strefie urzędów najwyższych – polityk w zasadzie początkujący. Nie licząc utworzonej w ubiegłym roku, jakby „na poczekaniu” En Marche!, polityk bez własnej partii, bez własnej bazy w parlamencie, nawet bez wyraźnego wsparcia wielkich francuskich ugrupowań partyjnych. Tego w powojennej historii Francji nie było nigdy. Fenomen! Polityczny geniusz?!
Kusi każdego by z zagadką tą się zmierzyć, by spróbować znaleźć klucz do wskazania przyczyn tego niebywałego sukcesu! Owszem Macron to człowiek błyskotliwy, zdolny i pracowity. Świetnie wyedukowany. Poza dyplomem uzyskanym w lewicowej filii Uniwersytetu Paryskiego, pobierał nauki także w Instytucie Nauk Politycznych, ale przede wszystkim w słynnej paryskiej kuźni przygotowującej swych wychowanków do sprawowania najwyższych urzędów V Republiki tj. w Narodowej Szkole Administracji (ENA), której absolwentami byli tacy znani politycy jak choćby Giscard d’Estaing, Chirac, Hollande, Fabius, czy Jospin. Zalety te wyniosły Emmanuela Macron do grona dobrze rokujących, utalentowanych początkujących polityków. Mógł więc już pełnić funkcję odpowiedzialnego urzędnika państwowego, bankowca, a w latach 2014-2016 nawet ministra gospodarki, przemysłu i cyfryzacji. Czy te przymioty – niewątpliwie ważne – w wyścigu o prezydenturę wystarczyły do pokonania najważniejszych polityków reprezentujących potężne francuskie partie polityczne? Odważę się sądzić, że architektem tego niebywałego sukcesu Emmanuela Macron jest stale przebywająca przy jego boku, towarzyszka jego życia – małżonka, pani Brigitte Macron.
Małżeństwo Macron to historia sama w sobie. Emmanuel już w roku 1992 jako 15 letni chłopak został wyjątkowo dogłębnie ugodzony strzałą Amora. Dla tego wrażliwego i z całą pewnością wybitnego chłopca musiał to być okres czystych i podniosłych uniesień. Wybranką była aranżer, reżyser, scenograf, dyrektor i twórca szkolnego teatru – Mme Auzier, nauczycielka łaciny i francuskiego w katolickim liceum jezuitów w Amiens na północy Francji. Uczniem i szkolnym aktorem, a z czasem pomocnikiem pani reżyser był Emmanuel. W cotygodniowych próbach i twórczych spotkaniach teatralnych Emmanuel w towarzystwie swej uroczej ‘dyrektorki’ coraz intensywniej zagłębiał się w tajemnice apolińskiego piękna. Pani reżyser uczyła Emmanuela kochać piękno, tworzyć scenografię, budować narrację. Dla Emmanuela, Brigitte mimo swych 39 lat była jak jasny promień słońca, jak powietrze w górach, jak źródło życia. Niestety Mme Auziere de domo Trogneux była mężatką i matką. Ale poza tym była humanistką i odpowiedzialną za realizację szkolnego programu cenioną nauczycielką. Dla Emmanuela stanowiło to tylko jeszcze jedno wyzwanie. Zafascynowany sztuką chciał wspólne z nauczycielką napisać utwór literacki, który będzie można wystawić w teatrze. Brigitte otwierała przed nim wciąż nowe horyzonty dobra i piękna. Platoniczna z początku, ale z czasem wszechogarniająca miłość tego nietypowego chłopca musiała obojgu nieść nie tylko poczucie szczęścia, ale równolegle także upokorzenia i cierpienia. A trwanie w niej, trwanie wbrew całemu światu – to musiał być dla obojga nieustający skok w nieznaną ciemność, w sferę gdzie nie ma miejsca na przygody, nie ma miejsca na ponadstandardowe drogi szczęścia i spełnienia, na rozwiązania nieaprobowane wiekową tradycją. W europejskiej kulturze i cywilizacji system patriarchalny sprawdził się i w zasadzie ma się dobrze. Ale miłość Emmanuela i Brigitte pokonała i tę barierę. Po nieuniknionych i poniekąd zrozumiałych przeszkodach płynących ze świata utrwalonych wartości, kładących przed nimi obraz pożytku z naturalności, z normalności, ze standardowości – para po wielu perturbacjach zawarła związek małżeński w roku 2007. Emmanuel miał wówczas lat 30, Brigitte lat wtedy 54.
Ich miłość, pomimo takiej różnicy wieku przetrwała. To przykład ich wielkiej odwagi i dojrzałości. Treść ich miłości zapewne z wiekiem ewoluowała. Od początku ich wyjątkowa miłość ukazała swej piękno nie tylko w zaletach czystego erotyzmu, nie szukała pewno swych uniesień w dionizyjskim żywiole. Ukazała wielkość wzajemnego przywiązania i poświęcenia. Emmanuel z miłości do Brigitte zrezygnował z własnej tradycyjnej rodziny, z ojcostwa własnych dzieci, być może także z ograniczenia swych ściśle męskich potrzeb wieku starszego oraz z równoległego z partnerką przeżywania starości. Brigitte w imię miłości do Emmanuela zrezygnowała z całego swego uporządkowanego dotąd życia, z bezpiecznego kontynuowania swych macierzyńskich i małżeńskich funkcji, z pozycji jaką miała u boku bogatego męża francuskiego bankiera Andre Auziere. Można śmiało rzec, że życie swe oddała Emmanuelowi, tak jak on swoje – jej oddał. Jej potrzeby stały się jego potrzebami. Jej troje dzieci Sebastien, Laurence oraz Tiphaine swego ojczyma zaakceptowały w pełni – on zaś wspierał je i aktywnie uczestniczył w ich życiu. Nic przeto dziwnego, że Emmanuel swe ambicje i potrzeby nie realizował w samotności. To głównie Brigitte pisze lub co najmniej koryguje przemówienia swego męża. Czuwa nad realizacją jego pragnień, nad jego polityczną drogą do szczytów władzy. Jest jego doradcą i wzorem od lat. Nic dziwnego, że Emmanuel Macron jakby dedykując zwycięstwo w wyborach prezydenckich bezpośrednio po ogłoszeniu wyników stwierdził publicznie: bez niej nie byłbym sobą! Klasa zaś Brigitte, jej talent jako reżysera, kreatora wydarzeń, scenarzysty i jej humanistyczne szerokie perspektywy pozostawiają przeciwników daleko w tyle. Przytłaczające zwycięstwo w starciu z dość jednostronnie patrzącą na świat panią Le Pain nie dziwi. W starciu tych dwu pań Le Pain nie miała szans.
czwartek, 4 maja 2017
ALTERNATYWA PREZYDENTA ANDRZEJA DUDY
Zaledwie kilka dni temu w 72. rocznicę zdobycia ufortyfikowanej linii obrony na Odrze, będącej żelazną zaporą w walce o Berlin, prezydent Andrzej Duda oddał hołd poległym na rozlewiskach Odry żołnierzom I Armii Wojska Polskiego. Na cmentarzu wojennym w Starych Łysogórkach koło Siekierek pośród mogił prawie 2 tysięcy poległych polskich żołnierzy uczestniczył w uroczystej polowej mszy św. z udziałem metropolity ks. abp. Andrzejem Dzięgą, po czym wygłosił krótkie przemówienie jak zawsze piękne, momentami nawet filozoficzno-poetyckie, nieomal jak homilia. Oprawa uroczystości była podniosła i godna. Prezydent mówił, że „krew przelana za ojczyznę jest jedna, krwi przelanej za ojczyznę nie wolno w żaden sposób dzielić i nie wolno w żaden sposób dzielić tych, którzy za ojczyznę polegli”. I mówił dalej: ”Jesteśmy tu na tym cmentarzu, gdzie w dostojeństwie i ciszy spoczywają żołnierze z których krwi powstała wolna Polska – ta, która jest tu i teraz…Dzięki tej żołnierskiej krwi polscy tułacze wypędzeni ze Wschodu znaleźli tu swój nowy dom.. i żyją tu do dzisiaj. Tak jak ze śmierci Chrystusa i Jego zmartwychwstania narodziło się nowe życie, tak też z ich śmierci tutaj…narodziła się Polska i ta ziemia dla Polski. To jest polska ziemia, tak samo jak śpiewamy na Monte Cassino: Ta ziemia do Polski należy, bo wolność krzyżami się mierzy. Także tymi krzyżami, które stoją tu wokół nas – pod którymi leżą polscy żołnierze.. Chylimy czoło przed ich bohaterstwem, przed ich dziełem, którego umiłowanym przez nas efektem jest dzisiejsza wolna Polska”.
Skrupulatni egzegeci myśli Prezydenta mogą zapytać o jakim to w zasadzie czasokresie myślał Prezydent gdy mówił, że nad Odrą żyją Polacy do dziś, bo to jest polska ziemia, tak samo jak ta spod Monte Cassino. Złośliwcy i kpiarze podchwycą, pytając „czyż my sami nie wiemy, że tak jest do dziś - ale co będzie jutro?” Zresztą jeśli ma to być ziemia polska jedynie tak samo jak ta spod Monte Cassino to znaczy, że żyjemy Panie Prezydencie w różnych światach.
Wszystkich niegodziwych krytyków wystąpienia Prezydenta w licznych atakach przewyższył jednak członek Kolegium IPN pan Sławomir Cenckiewicz zarzucając prezydentowi, że czci bandyckie formacje albowiem, jak stwierdził, ja „takich bandyckich formacji LWP nigdy czcił nie będę!... i tylko przez głęboki szacunek do Prezydenta nic więcej pisać nie będę”. Okazało się więc, że aby móc wykonać ten prosty, piękny gest szacunku dla przelanej krwi polskiego żołnierza, stanowisko zaprzysięgłych rusofobów i okcydentalistów wyposażonych dziś w licencję na wyłączność w definiowaniu patriotyzmu wymagało od Prezydenta postawy niemal heroicznej. Prezydent z łatwością jednak potrafił stawić czoła wyzwaniu. Jako Zwierzchnik Sił Zbrojnych RP piękną polszczyzną, ze znaną mu swadą i oracją starał się dowieźć jak bliski jest mu żołnierski los!
Niestety cieniem na uroczystości w Siekierkach kładzie się polityczna wartość przemówienia Prezydenta. Choć jest politykiem, w Siekierkach w swym oratorskim przemówieniu przedstawił jedynie swe historiozoficzne poglądy. Odwołanie się do krzyży wyznaczających drogę naszej wolności i do zmartwychwstania Chrystusa jest piękną metaforą naszego odrodzenia, ale tylko w ustach duchownego i poety. Wygłaszana przez polityka jako osnowa jego wystąpienia staje się zaledwie mało wiarygodnym plagiatem. Kompletne zlekceważenie zaś historii, w dodatku tak boleśnie dotykającej najnowszych polskich dziejów jest zdumiewające. Z przemówienia nie wynika nawet skąd w ogóle ci chłopcy znaleźli się nad Odrą. Kto wtedy tę polską krew wytoczył? Kto był sprawcą śmierci tych dwóch tysięcy młodych Polaków (może byli to Rosjanie nasi zadekretowani już wrogowie?). W dodatku sugestia Prezydenta, iż Polacy znaleźli się wówczas nad Odrą sami i to krew polskich żołnierzy spod Siekierek była ceną za osiedlenie się na tamtej ziemi najczęściej wypędzonych ze Wschodu, a nawet ceną za dzisiejszą wolną Polskę jest kolosalnym uproszczeniem. Czy mamy rozumieć, że krew przelana w Siekierkach nad Odrą to cena także za Szczecin, Olsztyn i Wrocław? Wolne żarty Panie Prezydencie!
Tajemnicą pozostanie powód dla którego w swoim rocznicowym wystąpieniu Prezydent nie odniósł się choćby drobną wzmianką o wydarzeniach sprzed lat. Dla tej młodzieży która czerpie wiedzę o przeszłości głównie ze współczesnych mass-mediów otwartą kwestią mogłoby być więc pytanie czy Polacy w tej niecodziennej misji nad Odrą znaleźli się albowiem zawdzięczają to swej kawalerskiej polskiej brawurze, czy w wyniku jakichś wspólnych, sojuszniczych działań. A jeśli sojuszniczych to z kim i z czego miałaby wynikać konieczność tej szaleńczej polskiej szarży, która jak twierdzi Prezydent przyniosła owoc w postaci prawa do osiedlenia się nad Odrą?
Prezydent nie raczył nawet wspomnieć, że I Armia WP utworzona w Związku Radzieckim latem 1944 roku organizacyjnie podległa 1 Frontowi Białoruskiemu dowodzonemu najpierw przez marszałka Rokossowskiego, a następnie Żukowa. Brała udział w walkach o Warszawę, w walkach o przełamanie Wału Pomorskiego – to wtedy w Kołobrzegu 17 marca 1945 roku żołnierze 1 Armii WP dokonali zaślubin z Bałtykiem, a w końcu brali też czynny i zaszczytny udział w całej operacji berlińskiej. Pan Prezydent wygłaszając to wzruszające przemówienie jak widać całkiem zapomniał o historii o tym kim byli żołnierze, którzy słusznie zasłużyli na cześć i szacunek Rzeczypospolitej? Z kim w zażartym boju, osłaniając jeden drugiego i wspólnie walcząc do ostatniej kropli krwi ze śmiertelnym wspólnym wrogiem szli razem na Berlin. Dzięki komu mieli okazję zatknąć polską flagą na berlińskiej kolumnie zwycięstwa? Owszem, mimo olbrzymich strat szturm I Armii Wojska Polskiego na niemieckie umocnienia obronne na Odrze przyniósł żołnierzom polskiej armii chwałę i obliguje pokolenia Polaków do stałej pamięci. Ale w trwającej wówczas kampanii wojennej z hitlerowską III Rzeszą ten bój był zaledwie epizodem. Decydujące rolę w trwających działaniach bojowych od 22 czerwca 1941 roku do zburzenia Reichstagu w maju 1945 roku, czyli w walkach na froncie wschodnim (w wydaniu niemieckim znanych jako Ostfront, w rosyjskim jako Wielka Wojna Ojczyźniana) odegrał Związek Radziecki. Ale cenę jaką zapłacił była ogromna. Same tylko osobowe straty wojenne ZSRR ocenia na ok. 20 milionów ofiar. Okazała się niezbędna do pokonania nazistowskich planów o wyższości „rasy panów” nad żydowską i słowiańską rasą „podludzi” i zdobycia dla rasy panów przestrzeni życiowej. W wystąpieniu Pana Prezydenta cała historia została wykluczona w pełni i perfekcyjnie.
Przeniesienie jednak przez Prezydenta wydarzeń historycznych na płaszczyznę historiozoficzną świadczy albo o brakach w znajomości historii albo – z chęci ukrycia prawdy – ucieczkę w sferę filozofii i mitów. Obie przyczyny chwały nie przynoszą. Bogata literatura psychologii społecznej analizując zachowania i ludzkie wypowiedzi świadomie nieprawdziwe nazywa je kłamstwami i dzieli je na kłamstwa czynne i bierne. W tym drugim przypadku „nie mówi się tego o czym się wie, że jest prawdą. Formą tego kłamstwa będzie ukrywanie, polegające na pomijaniu faktów, czy unikaniu rozmowy na drażliwe tematy”(dr Tomasz Witkowski: Psychologia kłamstwa).
Wystąpienie w Siekierkach nie daje pewnej odpowiedzi na pytanie czy Prezydent zna całą prawdę o szlaku bojowym I Armii Wojska Polskiego walczącej w ramach 1 Frontu Białoruskiego. Jeśli historia ta jest znana – Prezydent staje przed alternatywą: albo uzna za prawdziwe i w pełni godne jego poparcia słowa S.Cenckiewicza i w efekcie oznajmi to polskim i europejskim weteranom oraz całemu naszemu Narodowi i nigdy już żadnego cmentarza wojennego II wojny nie odwiedzi, albo z należytym szacunkiem i konsekwencją odniesie się do faktów II wojny, w tym do całego szlaku bojowego I Armii WP walczącej z wrogiem w ramach 1 Białoruskiego Frontu, a w dalszej konsekwencji także do uchylenia wszelkich nieprzyjaznych i małostkowych gestów wobec wielonarodowych grup zmotoryzowanych (np. tzw. „Nocnych Wilków”) pragnących godnie uczcić rocznicę naszego wspólnego zwycięstwa nad III Rzeszą.
piątek, 14 kwietnia 2017
A l l e l u j a !
Alleluja!
Nie, kochani, nie składam Wam życzeń „wesołego jajka albo mokrego śmigusa”. Z okazji zbliżających się najradośniejszych świąt chrześcijańskich - Święta Zmartwychwstania Pańskiego wszystkim katolikom, prawosławnym i ewangelikom przeróżnych zborów, życzę by Zmartwychwstały Chrystus odnowił nasze życie, by wprowadził do naszych serc pokój, radość i szacunek dla każdego spotkanego na naszej drodze bliźniego.
PS. Myślę, że świat ewangelicko-katolicki ma w tym roku szczególną radość by przeżywać to wielkie święto wspólnie z całym światem prawosławia. Moje „pobożne życzenia”: oby już tak zostało…. Христос воскресе! - Воистину воскресе!
sobota, 25 marca 2017
Święto UE - naszym świętem
Oto niektórzy mężowie stanu, „ojcowie”, którym zawdzięczamy powstanie Unii Europejskiej:
Konrad Adenauer (1876-1967) kanclerz RFN w latach 1949-1963. Wytrwały rzecznik i współtwórca pojednania francusko-niemieckiego. W okresie szalejącej zimnej wojny, przez komunistyczną propagandę zwalczanych ze szczególną zaciekłością.
Alcide de Gasperi (1881-1954) wybitny włoski polityk, premier w latach 1945-1953, zwolennik porozumienia i współpracy między zwaśnionymi narodami.
Jean Monnet (1888-1979) ekonomista i polityk francuski. Działacz społeczno-gospodarczy. Bliski współpracownik Roberta Schumana.
Alexandre Kojeve (1902-1968) rosyjski arystokrata, prawdziwe nazwisko Kożewnikow, czołowy filozof europejski, wykładowca prestiżowych uczelni paryskich, znawca Hegla, znakomity i doceniany polityk francuski, rzecznik europejskiego pojednania, dziś kompletnie zapomniany.
I pierwszy spośród równych: Robert Schuman (1886-1963) katolik, polityk francuski w czasach po II wojnie światowej. Od 1947 pełnił czołowe funkcje w państwie. Dwukrotny premier, minister finansów i spraw zagranicznych do 1952 roku . Twórca (wraz z Monnet’em) „planu Schumana”. 5 maja 1950 roku wezwał do utworzenia francusko-niemieckiej komisji i oddania jej pełnej kontroli nad produkcją węgla i stali. Dało to początek utworzenia Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali – pierwszą ponadnarodową instytucją w Europie będącą zalążkiem Unii Europejskiej. Całą linią swego życia oddanego społeczeństwu i Kościołowi - Robert Schuman w pełni zasłużył na uznanie przez Kościół za Sługę Bożego. Proces jego beatyfikacji znajduje się w zaawansowanym stadium.
Obchodzona 60. rocznica Unii Europejskiej to 60 lat europejskiego pokoju, stabilizacji i rozwoju. A ostatnie trzynaście lat to już polska obecność w Unii. To też powód do niepodważalnej satysfakcji. Powód do gromkiego śpiewu „Ody do radości”, którą „dla Unii Europejskiej już w 1824 roku skomponował Ludwik van Beethoven”.
Wiadomo jednak, że nawet najwspanialsze ludzkie dzieła mają nierzadko ułomności i rysy. Bilans zysków i strat jest dla Polski w moim rozumieniu jednak korzystny. Wprawdzie wskutek integracji Polskę w poszukiwaniu lepszego życia opuściło milion młodych, często wykształconych ludzi – a to w życiu narodu jest ubytkiem ogromnym. Z drugiej strony obecność w Unii to całkowicie nowy rozdział w życiu politycznym i społeczno-gospodarczym narodu. Koniec z osamotnieniem, koniec z izolacją. Polska znalazła się w europejskiej rodzinie jako jej pełnoprawny członek. Zdarzające się więc w naszym polskim postępowaniu wobec struktur UE erupcje złych humorów, banalnych utarczek, a nawet gróźb nie służą ani umacnianiu jedności europejskiej, na której Polsce powinno zależeć, ani rozumianym w szerszym kontekście interesom kraju. Będąc cząstką Unii wszystkie kłopoty i problemy Unii stały się po części także naszymi polskimi sprawami.
piątek, 24 marca 2017
Zbezczeszczenie radzieckiego cmentarza
W dniu wczorajszym na portalu Onet.pl ukazała się poruszająca, a paskudnie świadcząca o polskim państwie informacja, iż „nieznani sprawcy” dokonali zbezczeszczenia Centralnego Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich przy ul. Żwirki i Wigury w Warszawie. Wokół głównego pomnika poświęconego poległym wymalowano m.in. „15 swastyk i innych nazistowskich symboli”. To wyjątkowo okrutne szyderstwo z krwi przelanej na polskiej ziemi przez żołnierzy radzieckich walczących z wrogiem spod znaku swastyki, wyzwalających nas z nocy faszyzmu i unicestwienia polskiego narodu. Tylko dzięki ich bohaterstwu i wysiłkowi państwa radzieckiego żyjemy we własnym państwie w wolnej Warszawie, Szczecinie i Wrocławiu. Ten haniebny czyn przywołuje jakże świeżą pamięć o podobnych złowrogich czynach dokonanych w bieżącym roku na polskich cmentarzach w styczniu i marcu na Ukrainie w Hucie Pieniackiej i Podkamieniu pod Lwowem. Nasze oburzenie jest i było wówczas potężne i powszechne. Te haniebne antypolskie wybryki na Ukrainie źle świadczą o tym państwie. Zaistniały bowiem tylko dzięki milczącej zgodzie tego państwa na odradzanie się skrajnego antypolskiego i antyrosyjskiego nacjonalizmu. Dewastacja pomników to efekt wznoszącej się fali banderyzmu zalewającej dziś Ukrainę. A tymczasem od dłuższego czasu, choć w Rosji o komunizmie słychać już tylko na lekcji historii, pod obłudnym pozorem rozliczania z komunizmem, Polskę zalewa fala antyrosyjskich fobii. W kontekście tego zawstydzającego dla nas wydarzenia nie możemy jednak zapominać, że aktualnie w Polsce przebywa ponad milion Ukraińców. Chcemy być dla nich otwarci i przyjaźni. Czy wszyscy oni pozostają wobec polskiego państwa lojalnymi mieszkańcami naszego kraju? Jeśli warszawskiego cmentarza radzieckiego nie pohańbili ci sami ideologiczni bojowcy spod znaku Bandery, aktywiści spod Lwowa i Pieniackiej Huty (a wymalowane symbole są w treści podobne i tu i na Ukrainie), to musi to oznaczać, że profanacji radzieckiego cmentarza dokonali polscy idioci dla których antyrosyjskie hasła polskiej propagandy są wyjątkowo atrakcyjne. Tak czy inaczej odpowiedzialność moralna (i nie tylko) za takie popisywanie się przez sprawców politycznym kabotyństwem spoczywa na naszym państwie. Czas by falę antyrosyjskiej fobii pokryć wreszcie prawdą historyczną, politycznym rozsądkiem i po europejsku oraz słowiańsku rozumianym dobrem Polski. Wszak, mimo naszej wyjątkowej atlantyckiej przyjaźni 51 Stanem naszego wielkiego sojusznika jeszcze póki co nie jesteśmy.
niedziela, 12 marca 2017
Bierut żyje
Poniższy tekst wystąpienia, pisany we własnym imieniu przez moją małżonkę został przesłany do wielu najważniejszych polityków władzy ustawodawczej w tym do posłanki – Pani Premier, do Marszałków Sejmu i Senatu, do wszystkich przewodniczących partii i kół poselskich, do wielu posłów. Dla zachowania rygorów formalnych, by moje „freski” nie znalazły się w niezręcznej sytuacji, tekst ten zmodyfikowałem tak jakbym to ja pisał do Sejmu we własnym imieniu. Tekst wystąpienia zamieszczam we „freskach” wyłącznie na prośbę mojej małżonki.
Wielce Szanowni Wybrańcy Narodu
1. Minęło ponad ćwierć wieku, gdy w wyniku transformacji ustrojowej Polska odzyskała suwerenność. Wydawało się, że wraz z nią wszelkie krzywdy i nieprawości władzy komunistycznej Niepodległa Rzeczypospolita rychło naprawi. Jak dotychczas było to przekonanie naiwne. Myślę, że chyba nadeszła w końcu pora na gruntowne rozliczenie wszelkich strukturalnych niesprawiedliwości i upokorzeń minionego okresu. W wybranych przecież obszarach życia społecznego dzisiejsza Polska Niepodległa, przez swe świadome zaniechania zdaje się komunistyczną samowolę utrwalać. Przykładem takim było przymykanie dotąd oczu na wyjątkowo nikczemną warszawską dziką reprywatyzację, przy równoczesnej wyraźnej niechęci do generalnego, uczciwego rozliczenia krzywd wynikających z dekretu Bieruta (Dz.U. z 1945 r. Nr 50, poz.279).
2. W wyniku okupacji hitlerowskiej i zagłady miasta w roku 1944 – ci nieliczni, którym mimo pacyfikacji Starego Miasta, „rozstrzelania” Mokotowa i rzezi Woli udało się przeżyć – stracili cały swój dobytek, stracili dach nad głową. Warszawa przypominała dzisiejsze najtragiczniejsze fragmenty kompletnie zniszczonego Aleppo. A jednak koniec wojny nie był końcem dramatu mieszkańców Warszawy. Władze komunistyczne powołując się na szczytne cele odbudowy stolicy pozbawiły warszawiaków in gremio własności ich działek, placów, ich ziemi, a innym aktem nawet resztek zachowanych kamienic („wszelkie grunty na obszarze m. st. Warszawy przechodzą z dniem wejścia w życie niniejszego dekretu na własność gminy..” art. 1 dekretu). W takiej sytuacji znalazło się tysiące warszawiaków, a wśród nich moja szanowna, dzielna teściowa Helena G.. Po powrocie do Warszawy z exodusu ocalałych mieszkańców – tj. z obozu przejściowego w Pruszkowie, odnalazła ruiny domu rodzinnego położonego przy ul. Młynarskiej. Była to nieruchomość zabudowana paropiętrową kamienicą obejmującą kilkanaście mieszkań. Dom na samym początku XX wieku wybudował jej ojciec Józef G. – osobiście, fizycznie uczestnicząc w budowie domu. Dziadek mojej żony był majstrem ciesielskim i do własności tego domu doszedł jedynie pracą własnych rąk. W latach 30-tych (a więc w czasach Wielkiego Kryzysu) na skutek problemów finansowych znaczną część udziałów we własności domu dziadek odsprzedał, część jednak pozostawił swojej rodzinie. Dzisiaj moja małżonka dziedziczy po nim w 3/12 całej powierzchni wynoszącej 1060 m2. Gdyby mogło dojść do podziału ad rem (art.211 k.c.) jej część ograniczałaby się więc do pow. 265 m2, czyli tyle ile wynosi zwykle norma pod segment 1-rodzinny. Kończąc rodzinne uwagi dodam, że dziadek mojej żony – żołnierz AK, zginął w czasie Powstania w ludobójczej rzezi Woli.
3. Powojenne warunki życia w całej Polsce były nadzwyczaj trudne, ale nie ma chyba wątpliwości, że te warunki były szczególnie ciężkie w stolicy naszego kraju. Życie w zburzonej Warszawie zmuszało warszawiaków do wyjątkowej zapobiegliwości i poszukiwań zabezpieczającego egzystencję jakiegoś dachu nad głową, troski o zdrowie własne i swoich dzieci, o zapewnienie pozwalającego przeżyć minimum socjalnego, zmuszało do poszukiwań wśród listy osób ocalałych i zaginionych swoich najbliższych, w końcu do ukrywania przed komunistami swych rodzinnych związków z Powstaniem 44 roku, z AK. Na szczycie więc tych powojennych polskich nieszczęść i egzystencjalnych problemów mieszkańców miast była wówczas Warszawa i jej mieszkańcy. W tej sytuacji nie może dziwić fakt, że znaczna część warszawiaków nie zdążyła przed nową władzą osobiście dopełnić formalności przewidzianych dekretem Bieruta, sprowadzających się do potwierdzenia swej własności. Dekret komunistyczny w art. 7 ust.1 celowo wyznaczał w tamtych warunkach wyjątkowo krótki 6-miesięczny termin do złożenia wniosku… o przyznanie prawa do wieczystej dzierżawy własnego gruntu, licząc na to, że zdruzgotani wojną warszawiacy w tak krótkim czasie wyznaczonego terminu nie będą w stanie zachować, przez co będzie można warszawiaków „zgodnie z prawem” pozbawić własności. Dziś wywłaszczenia uregulowane są ustawą z 21.08.1997r o gospodarce nieruchomościami w trzech rozdziałach (art.112-142). Poprzedza je obligatoryjne rokowanie i odszkodowanie. Dlaczego wywłaszczeni dekretem Bieruta mają być pozbawieni prawa powszechnie obowiązującego w Polsce i w Unii Europejskiej, której wszak jesteśmy członkiem? Utrzymywanie w obiegu prawnym skutków niegodziwych arbitralnych rozstrzygnięć dekretu Bieruta narusza zasady na których ufundowana jest i działa Unia Europejska i może doprowadzić do pełnych konsekwencji prawnych obowiązujących w Unii.
4. Czy naprawdę Niepodległa Rzeczpospolita nie ma obowiązku tych krzywd naprawić? Polska jako jedyny kraj po upadku komunizmu w Europie z tego komunistycznego zaboru się nie rozliczyła. Choć od dekretu Bieruta minęło ponad 70 lat warszawskiej reprywatyzacji nie przeprowadzono. Mało tego, w istocie zezwolono na tzw. dziką reprywatyzację, której cząstkowym przykładem, takim być może wierzchołkiem góry lodowej jest ujawniona afera w warszawskim Ratuszu. A za patologiczną dziką reprywatyzację płacili swym poniżeniem, swą utratą zdrowia, nerwami, swym beznadziejnym czekaniem nie tylko prawowici właściciele gruntów warszawskich, ale nie rzadko jeszcze większą cenę płacili także nowi mieszkańcy przedwojennych kamienic często pozbawiani dachu nad głową przez ustosunkowanych beneficjentów dzikiej reprywatyzacji. A najodważniejsi, ci walczący o prawa lokatorów, jak Jolanta Brzeska – zapłacili życiem. Idea uczciwej reprywatyzacji nie pozostaje w konflikcie z prawami nowych lokatorów. Przeciwnie, jesteśmy gorącymi zwolennikami pełnej ochrony ich praw wcześniej nabytych. Historii cofnąć się nie da. Niewinni ludzie, od lat uprawnieni do zamieszkiwania jako lokatorzy odremontowanych przedwojennych domów lub nowych domów pobudowanych na placach dawnych właścicieli nie mogą płacić za wyrównywanie krzywd przedwojennym właścicielom. Często jednak decyzją nowych władz, poprzez sprzedaż mieszkań przez państwo, stawali się oni nowymi właścicielami tych mieszkań pobudowanych przecież na gruntach przedwojennych właścicieli. W tym wypadku krzywda pierwotnych właścicieli staje się materialną podstawą dla uprawnień nowych właścicieli. Nienaprawione zło zawsze staje się zaczynem nowego zła. Nie chcemy by krzywdą jednych płacono krzywdę drugich. Dzisiaj uczciwą reprywatyzację w stosunku do wszystkim wywłaszczonym dekretem Bieruta i nienaprawionych dotychczas można przeprowadzić tylko poprzez przyznanie rzetelnego odszkodowania. Pozostawienie obecnie sprawy bez przyzwoitych rozstrzygnięć prawnych może być traktowane jako niesolidność i cynizm ustawodawcy. Zaistniałaby bowiem sytuacja wyjątkowo dwuznaczna. Pewna część warszawiaków swoją własność przecież w jakiś sposób odzyskała. Powstaje zatem pytanie: czy w ramach konstytucyjnej zasady równości wobec prawa akceptujemy nadal ich odzyskaną własność, czy decyzje te cofamy, zrównując ich sytuację prawną z sytuacją większości oczekującej? Zamknięcie sprawy na tym etapie jest m.zd. prawnie niedopuszczalne. Byłaby nie tylko jawnym pogwałceniem zasady konstytucyjnej ochrony praw do dziedziczenia, ale też antykonstytucyjną próbą podziału mieszkańców stolicy na lepszych i gorszych. I nie sposób wówczas nie zapytać w oparciu o jakie to kryteria mamy godzić się na ów podział?
5. Z bólem zauważyć wypada, że wśród politycznych elit rządzących po 89 roku Polską widać niestety zmowę milczenia wokół reprywatyzacji. Zmowę, by naprawę krzywd wyrządzonych dekretem Bieruta zepchnąć z agendy publiczno-prawnej do sfery prywatno-sądowej. Słowem, mamy się zgodzić na to aby ci którzy są silniejsi, bogatsi, sprytniejsi, którzy mają większe „przebicie” mogli nawet w sposób nie do końca legalny odzyskiwać nieruchomości, byle tylko nie angażować struktur państwa, czy samorządu. Nie chcecie Szanowni Wybrańcy widzieć problemu nabrzmiałego od dawna. Za przykładem Piłata starannie umywacie ręce. Idąc tropem prezydenta Kwaśniewskiego nierzadko powtarzacie, że Polski nie stać na wyrównywanie krzywd, że dziś Polacy, którzy mieliby te stare komunistyczne krzywdy naprawiać są ludźmi zbyt ubogimi, by płacić… bogatym lub potomkom tych bogaczy. Ale w domyśle dodajecie: ci co mieli dostać – dostali! I to wydaje się być clou całej sprawy! Żonie z kolei choć ma niecałe tysiąc złotych emerytury na pociechę pozostaje perspektywa awansu do grona bogaczy. Żarty na bok! Awans ma swoją cenę. Jest nią wg Kwaśniewskiego zamknięcie sprawy na tym etapie (kto miał dostać – dostał!). Koniec z dalszym wyrównywaniem krzywd za wywłaszczenia 45 roku! Osobiście uważam jednak, że przytoczony pogląd obłudnie odwołujący się do troski o państwo i o biednych jest tak demagogiczny i nierzetelny, że nie wart jest nawet bardziej szczegółowej polemiki. Wzywam Was Drodzy Parlamentarzyści i Samorządowcy do odwagi w przezwyciężeniu zmowy niedostrzegania problemu wynikającego z komunistycznego dekretu Bieruta. Prawnokarne rozliczanie urzędników, sędziów i adwokatów za dotychczasowe haniebne praktyki nie rozwiązuje problemu. Jako Wasi elektorzy (od początku zaangażowani we wszystkich akcjach wyborczych Nowej Polski) wzywamy Was Drodzy Deputowani do uczciwego rozwiązania zabagnionego przez 70 lat problemu warszawskiej reprywatyzacji. Sądzę, że wyjątkowo dramatyczna sytuacja powojennej Warszawy i odrębny, dla niej tylko przewidziany dekret z 45 roku, dziś w Niepodległej Polsce zasługuje na samodzielne, odrębne uregulowanie.
21 lutego 2017 roku
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Biden rezygnuje
Prezydent Biden został zmuszony do rezygnacji w obliczu klęski jaką Partia Demokratyczna mogłaby ponieść gdyby niesprawny mentalnie Biden na...
-
Jeżeli US Army „z nami, któż przeciw nam”?! (Rz. 8,31). Ukraina antyrosyjską tarczą Trudno odmówić historycznych szczególnych związkó...
-
Witaj na swoim nowym blogu! Bardzo się cieszymy, że jesteś z nami! To jest pierwszy, przykładowy wpis. Możesz go usunąć logując się do Kok...
-
W dniu wczorajszym zmarł Jozef Ratzinger (16.04.1927--31.12.2022). - papież Benedykt XVI. Urząd następcy św. Piotra pełnił w latach 2005-201...