Etykiety

sobota, 17 czerwca 2017

Gorąca linia z Putinem czyli apel o rzetelność przekazu

Przed dwoma dniami przez prawie bite cztery godziny trwała tzw. gorąca linia, podczas której  prezydent Władimir Putin odpowiadał swym rodakom (jeden video-telefon był z USA) na zadawane przez nich pytania. Zdążył w ciągu tych godzin zająć publicznie stanowisko w 70 kwestiach, ale pytań nadesłanych do prezydenta było podobno około 2 miliony!
Polska propaganda zawsze zarzucała i nadal zarzuca propagandowy charakter takich dorocznych spotkań prezydenta Putina z narodem, służących rzekomo, jedynie umocnieniu władzy genseka. W mojej ocenie to zarzut wysoce nierzetelny i tendencyjny, wynikający wyłącznie z antyrosyjskich fobii. Spore fragmenty tej sesji obserwowałem na kanale RTR Planeta. Pytania dotyczyły spraw międzynarodowych, ale przede wszystkim Rosjanie mieli okazję zwrócić się do swego prezydenta w sprawach dla nich trudnych i bolesnych. Pytano o drożyznę w państwie, o nierówności płacowe w różnych regionach kraju, o kłopoty mieszkaniowe, o duże zaniedbania w służbie zdrowia. Ale pytano także o jego sprawy rodzinne na które Putin bez szczegółów, ale z godnością odpowiadał. Proszono o interwencję w sprawach losowych przez ludzi pozbawionych dachu nad głową w wyniku powodzi lub pożaru. Setki tego rodzaju pytań. To nie mogły być pytania i skargi ustawione przez organy propagandy. Jeśli były takie, to w znikomej ilości. Gros zagadnień miała charakter absolutnie autentyczny.
Obok spraw geostrategicznych poruszane były więc także żywotne problemy zwykłych ludzi ich troski o byt swój, swoich dzieci, swych seniorów. Myślę więc, że niewątpliwa strategiczna siła Putina, siła polityka  przywracająca stopniowo wielkość Rosji – to tylko jedna z tajemnic jego popularności w kraju. Drugą, równie ważną jest właśnie ta otwartość Putina na problemy zwykłych ludzi. Putin na takich spotkaniach stara się prezentować jak Rosjanin „z krwi i kości”, jak ktoś kto nie oderwał się od swego narodu. Obie te dźwignie utrwalają jego autorytet i uznanie w narodzie.  Tę sesję oglądałem pierwszy raz. Żałuj Drogi Czytelniku, że nie oglądałeś. Robiła duże wrażenie. Zadaje kłam antyrosyjskiej propagandzie. A u mnie wzbudziła jeszcze inną retoryczną refleksję: czy na tak wyczerpującą i podobnie pogłębioną sesję ze swym narodem zdecydowałby się polski prezydent lub inny przywódca kraju? Ba! czy odważyłby się na to któryś z przywódców tzw. wolnego świata?....

piątek, 12 maja 2017

Pochwała uczuć

Rozmowy niepolityczne

Dzień 7 maja to historyczna data nie tylko dla Francuzów. W wyborach prezydenckich po raz pierwszy od czasów Napoleona zwyciężył wyjątkowo  młody, zaledwie 39 letni Emmanuel Macron. Na francuskiej scenie politycznej w strefie urzędów najwyższych – polityk w zasadzie początkujący. Nie licząc utworzonej w ubiegłym roku, jakby „na poczekaniu” En Marche!, polityk bez własnej partii, bez własnej bazy w parlamencie, nawet bez wyraźnego wsparcia wielkich francuskich ugrupowań partyjnych. Tego w powojennej historii Francji nie było nigdy. Fenomen! Polityczny geniusz?!
Kusi każdego by z zagadką tą się zmierzyć, by spróbować znaleźć klucz do wskazania przyczyn tego niebywałego sukcesu! Owszem Macron to człowiek błyskotliwy, zdolny i pracowity. Świetnie wyedukowany. Poza dyplomem uzyskanym w lewicowej filii Uniwersytetu Paryskiego, pobierał nauki także w Instytucie Nauk Politycznych, ale przede wszystkim w słynnej paryskiej kuźni przygotowującej swych wychowanków do sprawowania najwyższych urzędów V Republiki tj. w Narodowej Szkole Administracji (ENA), której absolwentami byli tacy znani politycy jak choćby  Giscard d’Estaing, Chirac, Hollande, Fabius, czy Jospin.  Zalety te wyniosły Emmanuela Macron do grona dobrze rokujących, utalentowanych początkujących polityków. Mógł więc już pełnić funkcję odpowiedzialnego urzędnika państwowego, bankowca, a w latach 2014-2016  nawet ministra gospodarki, przemysłu i cyfryzacji. Czy te przymioty – niewątpliwie ważne – w wyścigu o prezydenturę wystarczyły do pokonania  najważniejszych polityków reprezentujących potężne francuskie partie polityczne? Odważę się sądzić, że architektem tego niebywałego sukcesu Emmanuela Macron jest stale przebywająca przy jego boku, towarzyszka jego życia – małżonka, pani Brigitte Macron.
Małżeństwo Macron to historia sama w sobie. Emmanuel już w roku 1992 jako 15 letni chłopak został wyjątkowo dogłębnie ugodzony strzałą Amora. Dla tego wrażliwego i z całą pewnością wybitnego chłopca musiał to być okres czystych i podniosłych uniesień. Wybranką była aranżer, reżyser, scenograf, dyrektor i  twórca szkolnego teatru – Mme Auzier, nauczycielka łaciny i francuskiego w katolickim liceum jezuitów w Amiens na północy Francji. Uczniem i szkolnym aktorem, a z czasem pomocnikiem pani reżyser był Emmanuel. W cotygodniowych próbach i twórczych spotkaniach teatralnych Emmanuel w towarzystwie swej uroczej ‘dyrektorki’ coraz intensywniej zagłębiał się w tajemnice apolińskiego piękna. Pani reżyser uczyła Emmanuela kochać piękno, tworzyć scenografię, budować narrację. Dla Emmanuela, Brigitte mimo swych  39 lat była jak jasny promień słońca, jak powietrze w górach, jak źródło życia.  Niestety Mme Auziere de domo Trogneux była mężatką i matką. Ale poza tym  była humanistką i odpowiedzialną za realizację szkolnego programu cenioną nauczycielką.  Dla Emmanuela stanowiło to tylko jeszcze jedno wyzwanie. Zafascynowany sztuką chciał wspólne z nauczycielką napisać utwór literacki, który będzie można wystawić w teatrze. Brigitte otwierała przed nim wciąż nowe horyzonty dobra i piękna. Platoniczna z początku, ale z czasem wszechogarniająca miłość tego nietypowego chłopca musiała obojgu nieść nie tylko poczucie szczęścia, ale równolegle także upokorzenia i cierpienia. A trwanie w niej, trwanie  wbrew całemu światu – to musiał być dla obojga nieustający  skok w nieznaną ciemność, w sferę gdzie nie ma miejsca na przygody, nie ma miejsca na ponadstandardowe drogi szczęścia i spełnienia, na rozwiązania nieaprobowane wiekową tradycją. W europejskiej kulturze i cywilizacji system patriarchalny sprawdził się i w zasadzie ma się dobrze. Ale miłość Emmanuela i Brigitte pokonała i tę barierę. Po nieuniknionych i poniekąd zrozumiałych przeszkodach płynących ze świata utrwalonych wartości, kładących przed nimi obraz pożytku z naturalności, z normalności, ze standardowości – para po wielu perturbacjach zawarła związek małżeński w roku 2007. Emmanuel miał wówczas lat 30, Brigitte lat wtedy 54.
Ich miłość, pomimo takiej różnicy wieku przetrwała. To przykład ich wielkiej odwagi i dojrzałości. Treść ich miłości zapewne z wiekiem ewoluowała. Od początku ich wyjątkowa miłość ukazała swej piękno nie tylko w zaletach czystego erotyzmu,  nie szukała pewno swych uniesień w dionizyjskim żywiole. Ukazała wielkość wzajemnego przywiązania i poświęcenia. Emmanuel z miłości do Brigitte zrezygnował z własnej tradycyjnej rodziny, z ojcostwa własnych  dzieci, być może także z ograniczenia swych ściśle męskich potrzeb wieku starszego oraz z  równoległego z partnerką przeżywania starości. Brigitte w imię miłości do Emmanuela zrezygnowała z całego swego uporządkowanego dotąd życia, z bezpiecznego kontynuowania swych macierzyńskich i małżeńskich funkcji, z  pozycji jaką miała u boku bogatego męża francuskiego bankiera Andre Auziere. Można śmiało rzec, że życie swe oddała Emmanuelowi, tak jak on swoje – jej oddał.  Jej potrzeby stały się jego potrzebami. Jej troje dzieci Sebastien, Laurence oraz Tiphaine swego ojczyma zaakceptowały w pełni – on zaś wspierał je i aktywnie uczestniczył w ich życiu. Nic przeto dziwnego, że Emmanuel swe ambicje i potrzeby nie realizował w samotności. To głównie Brigitte pisze lub co najmniej koryguje przemówienia swego męża. Czuwa nad realizacją jego pragnień, nad jego polityczną drogą do szczytów władzy. Jest jego doradcą i wzorem od lat. Nic dziwnego, że Emmanuel Macron jakby dedykując zwycięstwo w wyborach prezydenckich bezpośrednio po ogłoszeniu wyników stwierdził publicznie: bez niej nie byłbym sobą! Klasa zaś Brigitte, jej talent jako reżysera, kreatora wydarzeń, scenarzysty i jej  humanistyczne szerokie perspektywy pozostawiają przeciwników daleko w tyle. Przytłaczające zwycięstwo w starciu z dość jednostronnie patrzącą na świat panią Le Pain nie dziwi. W starciu tych dwu pań Le Pain nie miała szans.

czwartek, 4 maja 2017

ALTERNATYWA PREZYDENTA ANDRZEJA DUDY

Zaledwie kilka dni temu w 72. rocznicę zdobycia ufortyfikowanej linii obrony na Odrze, będącej żelazną zaporą w walce o Berlin, prezydent Andrzej Duda oddał hołd poległym na rozlewiskach Odry żołnierzom I Armii Wojska Polskiego. Na cmentarzu wojennym w Starych Łysogórkach koło Siekierek pośród mogił prawie 2 tysięcy poległych polskich żołnierzy uczestniczył w uroczystej polowej mszy św. z udziałem metropolity ks. abp. Andrzejem Dzięgą, po czym wygłosił krótkie przemówienie jak zawsze piękne,  momentami nawet filozoficzno-poetyckie, nieomal jak homilia. Oprawa uroczystości była podniosła i godna. Prezydent mówił, że „krew przelana za ojczyznę jest jedna, krwi przelanej za ojczyznę nie wolno w żaden sposób dzielić i nie wolno w żaden sposób dzielić tych, którzy za ojczyznę polegli”. I mówił dalej: ”Jesteśmy tu na tym cmentarzu, gdzie w dostojeństwie i ciszy spoczywają żołnierze z których krwi powstała wolna Polska – ta, która jest tu i teraz…Dzięki tej żołnierskiej krwi polscy tułacze wypędzeni ze Wschodu znaleźli tu swój nowy dom.. i żyją tu do dzisiaj. Tak jak ze śmierci Chrystusa i Jego zmartwychwstania narodziło się nowe życie, tak też z ich śmierci tutaj…narodziła się Polska i ta ziemia dla Polski. To jest polska ziemia, tak samo jak śpiewamy na Monte Cassino: Ta ziemia do Polski należy, bo wolność krzyżami się mierzy. Także tymi krzyżami, które stoją tu wokół nas – pod którymi leżą polscy żołnierze.. Chylimy czoło przed ich bohaterstwem, przed ich dziełem, którego umiłowanym przez nas efektem jest dzisiejsza wolna Polska”.
Skrupulatni egzegeci myśli Prezydenta mogą zapytać o jakim to w zasadzie czasokresie myślał Prezydent gdy mówił, że nad Odrą żyją Polacy do dziś, bo to jest polska ziemia, tak samo jak ta spod Monte Cassino. Złośliwcy i kpiarze podchwycą, pytając „czyż my sami nie wiemy, że tak jest do dziś - ale co będzie jutro?” Zresztą jeśli ma to być ziemia polska jedynie tak samo jak ta spod Monte Cassino to znaczy, że żyjemy Panie Prezydencie w różnych światach.
Wszystkich niegodziwych krytyków wystąpienia Prezydenta w licznych atakach przewyższył jednak członek Kolegium IPN pan Sławomir Cenckiewicz zarzucając prezydentowi, że czci bandyckie formacje albowiem, jak stwierdził, ja „takich bandyckich formacji LWP nigdy czcił nie będę!... i tylko przez głęboki szacunek do Prezydenta nic więcej pisać nie będę”. Okazało się więc, że aby móc wykonać ten prosty, piękny gest szacunku dla przelanej krwi polskiego żołnierza, stanowisko zaprzysięgłych rusofobów i okcydentalistów wyposażonych dziś w licencję na wyłączność w definiowaniu patriotyzmu wymagało od Prezydenta postawy niemal heroicznej. Prezydent z łatwością jednak potrafił stawić czoła wyzwaniu. Jako Zwierzchnik Sił Zbrojnych RP piękną polszczyzną, ze znaną mu swadą i oracją starał się dowieźć jak bliski jest mu żołnierski los!
Niestety cieniem na uroczystości w Siekierkach kładzie się polityczna wartość przemówienia Prezydenta. Choć jest politykiem, w Siekierkach w swym oratorskim przemówieniu przedstawił jedynie swe historiozoficzne poglądy. Odwołanie się do krzyży wyznaczających drogę naszej wolności i do zmartwychwstania Chrystusa jest piękną metaforą naszego odrodzenia, ale tylko w ustach duchownego i poety. Wygłaszana przez polityka jako osnowa jego wystąpienia staje się zaledwie mało wiarygodnym plagiatem. Kompletne zlekceważenie zaś historii, w dodatku tak boleśnie dotykającej najnowszych  polskich dziejów jest zdumiewające. Z przemówienia nie wynika nawet skąd w ogóle ci chłopcy znaleźli się nad Odrą. Kto wtedy tę polską krew wytoczył? Kto był sprawcą śmierci tych dwóch tysięcy młodych Polaków (może byli to Rosjanie nasi zadekretowani już wrogowie?). W dodatku sugestia Prezydenta, iż Polacy znaleźli się wówczas nad Odrą sami i to krew polskich żołnierzy spod Siekierek była ceną za osiedlenie się na tamtej ziemi najczęściej wypędzonych ze Wschodu, a nawet ceną za dzisiejszą wolną Polskę jest kolosalnym uproszczeniem. Czy mamy rozumieć, że krew przelana w Siekierkach nad Odrą to cena także za Szczecin, Olsztyn i Wrocław? Wolne żarty Panie Prezydencie!
Tajemnicą pozostanie powód dla którego w swoim rocznicowym wystąpieniu Prezydent nie odniósł się choćby drobną wzmianką o wydarzeniach sprzed lat. Dla tej młodzieży która czerpie wiedzę o przeszłości głównie ze współczesnych mass-mediów otwartą  kwestią mogłoby być więc pytanie czy Polacy w tej niecodziennej misji nad Odrą znaleźli się albowiem zawdzięczają to swej kawalerskiej polskiej brawurze, czy w wyniku jakichś wspólnych, sojuszniczych działań. A jeśli sojuszniczych to z kim i z czego miałaby wynikać konieczność tej szaleńczej polskiej szarży, która jak twierdzi Prezydent przyniosła owoc w postaci prawa do osiedlenia się nad Odrą?
Prezydent nie raczył nawet wspomnieć, że I Armia WP utworzona w Związku Radzieckim latem 1944 roku organizacyjnie podległa 1 Frontowi Białoruskiemu dowodzonemu najpierw przez marszałka Rokossowskiego, a następnie Żukowa. Brała udział w walkach o Warszawę, w walkach o przełamanie Wału Pomorskiego – to wtedy w Kołobrzegu 17 marca 1945 roku żołnierze 1 Armii WP dokonali zaślubin z Bałtykiem, a w końcu brali też czynny i zaszczytny udział w całej operacji berlińskiej. Pan Prezydent wygłaszając to wzruszające przemówienie jak widać całkiem zapomniał o historii o tym kim byli żołnierze, którzy słusznie zasłużyli na cześć i szacunek Rzeczypospolitej? Z kim w zażartym boju, osłaniając jeden drugiego i  wspólnie walcząc do ostatniej kropli krwi ze śmiertelnym wspólnym wrogiem szli razem na Berlin. Dzięki komu mieli okazję zatknąć polską flagą na berlińskiej kolumnie zwycięstwa? Owszem, mimo olbrzymich strat szturm I Armii Wojska Polskiego na niemieckie umocnienia obronne na Odrze przyniósł żołnierzom polskiej armii chwałę i obliguje pokolenia Polaków do stałej pamięci. Ale w trwającej wówczas kampanii wojennej z hitlerowską III Rzeszą ten bój był zaledwie epizodem. Decydujące rolę w trwających działaniach bojowych od 22 czerwca 1941 roku  do zburzenia Reichstagu w maju 1945 roku, czyli w walkach na froncie wschodnim (w wydaniu niemieckim znanych jako  Ostfront, w rosyjskim jako Wielka Wojna Ojczyźniana) odegrał Związek Radziecki. Ale cenę jaką zapłacił była ogromna. Same tylko osobowe straty wojenne ZSRR ocenia na ok. 20 milionów ofiar. Okazała się niezbędna do pokonania nazistowskich planów o wyższości „rasy panów” nad żydowską i słowiańską rasą „podludzi” i zdobycia dla rasy panów przestrzeni życiowej. W wystąpieniu Pana Prezydenta cała historia została wykluczona w pełni i perfekcyjnie.
Przeniesienie jednak przez Prezydenta wydarzeń historycznych na płaszczyznę historiozoficzną świadczy albo o brakach w znajomości historii albo – z chęci ukrycia prawdy – ucieczkę w sferę filozofii i mitów. Obie przyczyny chwały nie przynoszą. Bogata literatura psychologii społecznej analizując zachowania i ludzkie wypowiedzi świadomie nieprawdziwe nazywa je kłamstwami i dzieli je na kłamstwa czynne i bierne. W tym drugim przypadku „nie mówi się tego o czym się wie, że jest prawdą. Formą tego kłamstwa będzie ukrywanie, polegające na pomijaniu faktów, czy unikaniu rozmowy na drażliwe tematy”(dr Tomasz Witkowski: Psychologia kłamstwa).
Wystąpienie w Siekierkach nie daje pewnej odpowiedzi na pytanie czy Prezydent zna całą prawdę o szlaku bojowym I Armii Wojska Polskiego walczącej w ramach 1 Frontu Białoruskiego. Jeśli historia ta jest znana – Prezydent staje przed alternatywą: albo uzna za prawdziwe i w pełni godne jego poparcia słowa S.Cenckiewicza i w efekcie oznajmi to polskim i europejskim weteranom oraz całemu naszemu Narodowi i nigdy już żadnego cmentarza wojennego II wojny nie odwiedzi, albo z należytym szacunkiem i konsekwencją odniesie się do faktów II wojny, w tym do  całego szlaku bojowego I Armii WP walczącej z wrogiem w ramach 1 Białoruskiego Frontu, a w dalszej konsekwencji także do uchylenia wszelkich nieprzyjaznych i małostkowych gestów wobec wielonarodowych  grup zmotoryzowanych (np. tzw. „Nocnych Wilków”) pragnących godnie uczcić rocznicę naszego wspólnego zwycięstwa nad III Rzeszą.

piątek, 14 kwietnia 2017

A l l e l u j a !

Alleluja!
Nie, kochani, nie składam Wam życzeń „wesołego jajka albo mokrego śmigusa”.  Z okazji zbliżających się najradośniejszych świąt chrześcijańskich - Święta Zmartwychwstania Pańskiego wszystkim katolikom, prawosławnym i ewangelikom przeróżnych zborów, życzę by Zmartwychwstały Chrystus odnowił nasze życie, by wprowadził do naszych serc pokój, radość i szacunek dla każdego spotkanego na naszej drodze bliźniego.

PS. Myślę, że świat ewangelicko-katolicki ma w tym roku szczególną radość by przeżywać to wielkie święto wspólnie z całym światem prawosławia. Moje „pobożne życzenia”: oby już tak zostało….     Христос воскресе! - Воистину воскресе!

sobota, 25 marca 2017

Święto UE - naszym świętem

Oto niektórzy mężowie stanu, „ojcowie”, którym zawdzięczamy powstanie Unii Europejskiej:
Konrad Adenauer (1876-1967) kanclerz RFN w latach 1949-1963. Wytrwały rzecznik i współtwórca pojednania francusko-niemieckiego. W okresie szalejącej zimnej wojny, przez komunistyczną propagandę zwalczanych ze szczególną zaciekłością.
Alcide de Gasperi (1881-1954) wybitny włoski polityk, premier w latach 1945-1953, zwolennik porozumienia i współpracy między zwaśnionymi narodami.
Jean Monnet (1888-1979) ekonomista i polityk francuski. Działacz społeczno-gospodarczy. Bliski współpracownik Roberta Schumana.
Alexandre Kojeve (1902-1968) rosyjski arystokrata,  prawdziwe nazwisko Kożewnikow, czołowy filozof europejski, wykładowca prestiżowych uczelni paryskich, znawca Hegla, znakomity i doceniany polityk francuski, rzecznik europejskiego pojednania, dziś kompletnie zapomniany.
I pierwszy spośród równych: Robert Schuman (1886-1963) katolik, polityk francuski w czasach po II wojnie światowej. Od 1947 pełnił czołowe funkcje w państwie. Dwukrotny premier,  minister finansów i spraw zagranicznych do 1952 roku . Twórca (wraz z Monnet’em) „planu Schumana”. 5 maja 1950 roku wezwał do utworzenia francusko-niemieckiej komisji i oddania jej pełnej kontroli nad produkcją węgla i stali. Dało to początek utworzenia Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali – pierwszą ponadnarodową instytucją w Europie będącą zalążkiem Unii Europejskiej. Całą linią swego życia oddanego społeczeństwu i Kościołowi - Robert Schuman w pełni zasłużył na uznanie przez Kościół za Sługę Bożego. Proces jego beatyfikacji znajduje się w zaawansowanym stadium.
Obchodzona 60. rocznica Unii Europejskiej to 60 lat europejskiego pokoju, stabilizacji i rozwoju.  A ostatnie trzynaście lat to już polska obecność w Unii. To też powód do niepodważalnej satysfakcji. Powód do gromkiego śpiewu „Ody do radości”, którą „dla Unii Europejskiej już w 1824 roku skomponował Ludwik van Beethoven”.
Wiadomo jednak, że nawet najwspanialsze ludzkie dzieła mają nierzadko ułomności i rysy. Bilans zysków i strat jest dla Polski w moim rozumieniu jednak korzystny. Wprawdzie wskutek integracji Polskę w poszukiwaniu lepszego życia opuściło milion młodych, często wykształconych ludzi – a to w życiu narodu jest ubytkiem ogromnym.  Z drugiej strony obecność w Unii to całkowicie nowy rozdział w życiu politycznym i społeczno-gospodarczym narodu. Koniec z osamotnieniem, koniec z izolacją. Polska znalazła się w europejskiej rodzinie jako jej pełnoprawny członek. Zdarzające się więc w naszym polskim postępowaniu wobec struktur UE erupcje złych humorów, banalnych utarczek, a nawet gróźb nie służą ani umacnianiu jedności europejskiej, na której Polsce powinno zależeć, ani rozumianym w szerszym kontekście interesom kraju. Będąc cząstką Unii wszystkie kłopoty i problemy Unii stały się po części także naszymi polskimi sprawami.

piątek, 24 marca 2017

Zbezczeszczenie radzieckiego cmentarza

W dniu wczorajszym na portalu Onet.pl ukazała się poruszająca, a paskudnie świadcząca o polskim państwie informacja, iż „nieznani sprawcy” dokonali zbezczeszczenia Centralnego Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich przy ul. Żwirki i Wigury w Warszawie. Wokół głównego pomnika poświęconego poległym wymalowano m.in. „15 swastyk i innych nazistowskich symboli”. To wyjątkowo okrutne szyderstwo z krwi przelanej na polskiej ziemi przez żołnierzy radzieckich walczących z wrogiem spod znaku swastyki, wyzwalających nas z nocy faszyzmu i unicestwienia polskiego narodu. Tylko dzięki ich bohaterstwu i wysiłkowi państwa radzieckiego żyjemy we własnym państwie w wolnej Warszawie, Szczecinie i Wrocławiu. Ten haniebny czyn przywołuje jakże świeżą pamięć o podobnych złowrogich czynach dokonanych w bieżącym roku na polskich cmentarzach w styczniu i marcu na Ukrainie w Hucie Pieniackiej i Podkamieniu pod Lwowem. Nasze oburzenie jest i było wówczas potężne i powszechne. Te haniebne antypolskie wybryki na Ukrainie źle świadczą o tym państwie. Zaistniały bowiem tylko dzięki milczącej zgodzie tego państwa na odradzanie się skrajnego antypolskiego i antyrosyjskiego nacjonalizmu. Dewastacja pomników to efekt wznoszącej się fali banderyzmu zalewającej dziś Ukrainę. A tymczasem od dłuższego czasu, choć w Rosji o komunizmie słychać już tylko na lekcji historii, pod obłudnym pozorem rozliczania z komunizmem, Polskę zalewa fala antyrosyjskich fobii. W kontekście tego zawstydzającego dla nas wydarzenia nie możemy jednak zapominać, że aktualnie w Polsce przebywa ponad milion Ukraińców. Chcemy być dla nich otwarci i przyjaźni. Czy wszyscy oni pozostają wobec polskiego państwa lojalnymi mieszkańcami naszego kraju? Jeśli warszawskiego cmentarza radzieckiego nie pohańbili ci sami ideologiczni bojowcy spod znaku Bandery, aktywiści spod Lwowa i Pieniackiej Huty (a wymalowane symbole są w treści podobne i tu i na Ukrainie), to  musi to oznaczać, że profanacji radzieckiego cmentarza dokonali polscy idioci dla których antyrosyjskie hasła polskiej propagandy są wyjątkowo atrakcyjne. Tak czy inaczej odpowiedzialność moralna (i nie tylko) za takie popisywanie się przez sprawców politycznym kabotyństwem spoczywa na naszym państwie. Czas by falę antyrosyjskiej fobii pokryć wreszcie prawdą historyczną, politycznym rozsądkiem i po europejsku oraz słowiańsku rozumianym dobrem Polski. Wszak, mimo naszej wyjątkowej atlantyckiej przyjaźni 51 Stanem naszego wielkiego sojusznika jeszcze póki co nie jesteśmy.

niedziela, 12 marca 2017

Bierut żyje

Poniższy tekst wystąpienia, pisany we własnym imieniu przez moją małżonkę został przesłany do wielu najważniejszych polityków władzy ustawodawczej w tym do posłanki – Pani Premier, do Marszałków Sejmu i Senatu, do wszystkich przewodniczących partii i kół poselskich, do wielu posłów. Dla zachowania rygorów formalnych, by moje „freski” nie znalazły się w niezręcznej sytuacji, tekst ten zmodyfikowałem tak jakbym to ja pisał do Sejmu we własnym imieniu. Tekst wystąpienia zamieszczam we „freskach” wyłącznie na prośbę mojej małżonki.

Wielce Szanowni Wybrańcy Narodu
1. Minęło ponad ćwierć wieku, gdy w wyniku transformacji ustrojowej Polska odzyskała suwerenność. Wydawało się, że wraz z nią wszelkie krzywdy i nieprawości  władzy komunistycznej Niepodległa Rzeczypospolita rychło naprawi. Jak dotychczas było to przekonanie naiwne. Myślę, że chyba nadeszła w końcu pora na gruntowne rozliczenie wszelkich strukturalnych niesprawiedliwości i upokorzeń minionego okresu. W wybranych przecież obszarach życia społecznego dzisiejsza Polska Niepodległa, przez swe świadome zaniechania zdaje się komunistyczną samowolę utrwalać. Przykładem takim było przymykanie dotąd oczu na wyjątkowo nikczemną warszawską dziką  reprywatyzację, przy równoczesnej wyraźnej niechęci do  generalnego, uczciwego rozliczenia krzywd wynikających z dekretu Bieruta (Dz.U. z 1945 r. Nr 50, poz.279).
2. W wyniku okupacji hitlerowskiej i zagłady miasta w roku 1944 – ci nieliczni, którym mimo pacyfikacji Starego Miasta, „rozstrzelania” Mokotowa i rzezi Woli udało się przeżyć – stracili cały swój dobytek, stracili dach nad głową. Warszawa przypominała dzisiejsze najtragiczniejsze fragmenty kompletnie zniszczonego Aleppo. A jednak koniec wojny nie był końcem dramatu mieszkańców Warszawy. Władze komunistyczne powołując się na szczytne cele odbudowy stolicy pozbawiły warszawiaków in gremio własności ich działek, placów, ich ziemi, a innym aktem nawet resztek zachowanych kamienic („wszelkie grunty na obszarze m. st. Warszawy przechodzą z dniem wejścia w życie niniejszego dekretu na własność gminy..” art. 1 dekretu). W takiej sytuacji znalazło się tysiące warszawiaków, a wśród nich moja szanowna, dzielna teściowa Helena G.. Po powrocie do Warszawy z exodusu ocalałych mieszkańców – tj. z obozu przejściowego w Pruszkowie, odnalazła ruiny domu rodzinnego położonego przy ul. Młynarskiej. Była to nieruchomość zabudowana paropiętrową kamienicą obejmującą kilkanaście mieszkań. Dom na samym początku XX wieku wybudował jej ojciec Józef G. – osobiście, fizycznie uczestnicząc w budowie domu. Dziadek mojej żony był majstrem ciesielskim i do własności tego domu doszedł jedynie pracą własnych rąk. W latach 30-tych (a więc w czasach Wielkiego Kryzysu) na skutek problemów finansowych znaczną część udziałów we własności domu dziadek odsprzedał, część jednak pozostawił swojej rodzinie. Dzisiaj moja małżonka dziedziczy po nim w 3/12 całej powierzchni wynoszącej 1060 m2. Gdyby mogło dojść do podziału ad rem (art.211 k.c.) jej część ograniczałaby się więc do pow. 265 m2, czyli tyle ile wynosi zwykle norma pod segment 1-rodzinny.  Kończąc rodzinne uwagi dodam, że dziadek mojej żony – żołnierz AK, zginął w czasie Powstania w ludobójczej rzezi Woli.
3. Powojenne warunki życia w całej Polsce były nadzwyczaj trudne, ale nie ma chyba wątpliwości, że te warunki były szczególnie ciężkie w stolicy naszego kraju. Życie w zburzonej Warszawie zmuszało warszawiaków do wyjątkowej zapobiegliwości i poszukiwań  zabezpieczającego  egzystencję jakiegoś dachu nad głową, troski o zdrowie własne i swoich dzieci, o zapewnienie pozwalającego przeżyć minimum socjalnego, zmuszało do poszukiwań wśród listy osób ocalałych i zaginionych swoich najbliższych, w końcu do ukrywania przed komunistami swych rodzinnych związków z Powstaniem 44 roku, z AK. Na szczycie więc tych powojennych polskich nieszczęść i egzystencjalnych problemów mieszkańców miast była wówczas Warszawa i jej mieszkańcy.  W tej sytuacji nie może dziwić fakt, że znaczna część warszawiaków nie zdążyła przed nową władzą osobiście dopełnić formalności przewidzianych dekretem Bieruta, sprowadzających się do potwierdzenia swej własności. Dekret komunistyczny w art. 7 ust.1 celowo wyznaczał w tamtych warunkach wyjątkowo krótki 6-miesięczny termin do złożenia wniosku… o przyznanie prawa do wieczystej dzierżawy własnego gruntu, licząc na to, że zdruzgotani wojną warszawiacy w tak krótkim czasie wyznaczonego terminu nie będą w stanie zachować, przez co będzie można warszawiaków „zgodnie z prawem” pozbawić własności. Dziś wywłaszczenia uregulowane są ustawą z 21.08.1997r o gospodarce nieruchomościami w trzech rozdziałach (art.112-142). Poprzedza je obligatoryjne rokowanie i odszkodowanie. Dlaczego wywłaszczeni dekretem Bieruta mają być pozbawieni prawa powszechnie obowiązującego w Polsce i w Unii Europejskiej, której wszak jesteśmy członkiem? Utrzymywanie w obiegu prawnym skutków niegodziwych arbitralnych rozstrzygnięć dekretu Bieruta narusza zasady na których ufundowana jest i działa Unia Europejska i może doprowadzić do pełnych konsekwencji prawnych obowiązujących w Unii.
4. Czy naprawdę Niepodległa Rzeczpospolita nie ma obowiązku tych krzywd naprawić? Polska jako jedyny kraj po upadku komunizmu w Europie z tego komunistycznego zaboru się nie rozliczyła. Choć od dekretu Bieruta minęło ponad 70 lat warszawskiej reprywatyzacji nie przeprowadzono. Mało tego, w istocie zezwolono na tzw. dziką reprywatyzację, której cząstkowym przykładem, takim być może wierzchołkiem góry lodowej  jest ujawniona afera w warszawskim Ratuszu. A za patologiczną dziką reprywatyzację płacili swym poniżeniem, swą utratą zdrowia, nerwami, swym beznadziejnym czekaniem nie tylko prawowici właściciele gruntów warszawskich, ale nie rzadko jeszcze większą cenę płacili także nowi mieszkańcy przedwojennych kamienic często pozbawiani dachu nad głową przez ustosunkowanych beneficjentów dzikiej reprywatyzacji. A najodważniejsi, ci walczący o prawa lokatorów, jak Jolanta Brzeska – zapłacili życiem. Idea uczciwej reprywatyzacji nie pozostaje w konflikcie z prawami nowych lokatorów. Przeciwnie, jesteśmy gorącymi zwolennikami pełnej ochrony ich praw wcześniej nabytych. Historii cofnąć się nie da. Niewinni ludzie, od lat uprawnieni do zamieszkiwania jako lokatorzy odremontowanych przedwojennych domów lub nowych domów pobudowanych na placach dawnych właścicieli nie mogą płacić za wyrównywanie krzywd przedwojennym właścicielom. Często jednak decyzją nowych władz, poprzez sprzedaż mieszkań przez państwo, stawali się oni nowymi właścicielami tych mieszkań pobudowanych przecież na gruntach przedwojennych właścicieli. W tym wypadku krzywda pierwotnych właścicieli staje się materialną podstawą dla uprawnień nowych właścicieli. Nienaprawione zło zawsze staje się zaczynem nowego zła. Nie chcemy by krzywdą jednych płacono krzywdę drugich. Dzisiaj uczciwą reprywatyzację w stosunku do wszystkim wywłaszczonym dekretem Bieruta i nienaprawionych dotychczas można  przeprowadzić tylko poprzez przyznanie rzetelnego odszkodowania. Pozostawienie obecnie sprawy bez przyzwoitych rozstrzygnięć prawnych może być traktowane jako niesolidność i cynizm ustawodawcy. Zaistniałaby bowiem sytuacja wyjątkowo dwuznaczna. Pewna część warszawiaków swoją własność przecież w jakiś sposób odzyskała. Powstaje zatem pytanie: czy w ramach konstytucyjnej zasady równości wobec prawa akceptujemy nadal ich odzyskaną własność, czy decyzje te cofamy, zrównując ich sytuację prawną z sytuacją większości oczekującej? Zamknięcie sprawy na tym etapie jest m.zd. prawnie niedopuszczalne. Byłaby nie tylko jawnym pogwałceniem zasady konstytucyjnej ochrony praw do dziedziczenia, ale też antykonstytucyjną próbą podziału mieszkańców stolicy na lepszych i gorszych. I nie sposób wówczas nie zapytać w oparciu o jakie to kryteria mamy godzić się na ów podział?
5. Z bólem zauważyć wypada, że wśród politycznych elit rządzących po 89 roku Polską widać niestety zmowę milczenia wokół reprywatyzacji. Zmowę, by naprawę krzywd wyrządzonych dekretem Bieruta zepchnąć z agendy publiczno-prawnej do sfery prywatno-sądowej. Słowem, mamy się zgodzić na to aby ci którzy są silniejsi, bogatsi, sprytniejsi, którzy mają większe „przebicie” mogli nawet w sposób nie do końca legalny odzyskiwać nieruchomości, byle tylko nie angażować struktur państwa, czy samorządu. Nie chcecie Szanowni Wybrańcy widzieć problemu nabrzmiałego od dawna. Za przykładem Piłata starannie umywacie ręce. Idąc tropem prezydenta Kwaśniewskiego nierzadko powtarzacie, że Polski nie stać na wyrównywanie krzywd, że dziś Polacy, którzy mieliby te stare komunistyczne krzywdy naprawiać są  ludźmi zbyt ubogimi, by płacić… bogatym lub potomkom tych bogaczy. Ale w domyśle dodajecie: ci co mieli dostać – dostali! I to wydaje się być clou całej sprawy! Żonie z kolei choć ma niecałe tysiąc złotych emerytury na pociechę pozostaje perspektywa awansu do grona bogaczy. Żarty na bok! Awans ma swoją cenę. Jest nią wg Kwaśniewskiego zamknięcie sprawy na tym etapie (kto miał dostać – dostał!). Koniec z dalszym wyrównywaniem krzywd za wywłaszczenia 45 roku! Osobiście uważam jednak, że przytoczony pogląd obłudnie odwołujący się do troski o państwo i o biednych jest tak demagogiczny i nierzetelny, że nie wart jest nawet bardziej szczegółowej polemiki. Wzywam Was Drodzy Parlamentarzyści i Samorządowcy do odwagi w przezwyciężeniu zmowy niedostrzegania problemu wynikającego z komunistycznego dekretu Bieruta. Prawnokarne rozliczanie urzędników, sędziów i adwokatów za dotychczasowe haniebne praktyki nie rozwiązuje problemu. Jako Wasi elektorzy (od początku zaangażowani we wszystkich akcjach wyborczych Nowej Polski) wzywamy Was Drodzy Deputowani do uczciwego  rozwiązania zabagnionego przez 70 lat problemu warszawskiej reprywatyzacji.  Sądzę, że wyjątkowo dramatyczna sytuacja powojennej Warszawy i odrębny, dla niej tylko przewidziany dekret z 45 roku, dziś w Niepodległej Polsce zasługuje na  samodzielne, odrębne uregulowanie.
21 lutego 2017 roku

Biden rezygnuje

Prezydent Biden został zmuszony do rezygnacji w obliczu klęski jaką Partia Demokratyczna mogłaby ponieść gdyby niesprawny mentalnie Biden na...