Etykiety

czwartek, 28 września 2017

Pryncypialny realizm prezydenta Trumpa


Dnia 19 września Donald Trump po raz pierwszy wystąpił na forum ONZ podczas 72. Sesji Zgromadzenia Ogólnego. Już choćby z tego powodu było to wystąpienie  ważne i oczekiwane. Prezydent zaprezentował  światu poglądy i zamierzenia dotyczące najbliższych posunięć swej administracji w obszarze polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Równocześnie przybliżył  nieco wgląd w aktualną sytuację, jaka po wyborach prezydenckich zaistniała na szczytach władzy.
Zakończona w ubiegłym roku kampania wyborcza, szczególnie pojedynek Clinton-Trump zdawała się sugerować mniejszą skłonność Trumpa do arbitralnych, nie liczących się ze światem amerykańskich rozwiązań siłowych, do ewentualnej  gotowości poszukiwania pokojowego rozwiązywania problemów, do mediacji. Trump jeszcze niedawno kwestionował sens istnienia Sojuszu Północnoatlantyckiego w dotychczasowej formie i bezdyskusyjnego zaangażowania USA w europejskie bezpieczeństwo. W tym kontekście deklarowana przez Trumpa pewna doza sympatii do Putina pozwalała żywić nadzieję, że nie bacząc na sygnalizowany od początku opór kół zainteresowanych eskalacją napięć z Rosją – ponowny reset w stosunkach z Moskwą jest możliwy, tym bardziej że w Stanach nie brak było postaci wybitnych, którzy z uznaniem witali każdą próbę poprawy relacji z Rosją. Przykładowo, na co zwrócił uwagę tygodnik „Przegląd”, em. profesor Princeton i New York Stephen Cohen w wywiadzie internetowego magazynu „Slate”, z pełnym uznaniem przypomniał słowa Donalda Trumpa: „Czy nie byłoby wspaniale, gdybyśmy współpracowali z Rosją?”. I profesor odpowiedział bez wahania: „nie tylko byłoby wspaniale, ale jest to imperatyw. Obecnie świat wszedł w nową fazę zimnej wojny. Ta zimna wojna jest jeszcze niebezpieczniejsza niż poprzednia”.
Przemówienie prezydenta Trumpa wygłoszone w ONZ ujawniło jednak kim dzisiaj jest Donald Trump. Atakowany z powodu swego zdroworozsądkowo-biznesowego stanowiska w sprawie Rosji przez waszyngtońskie koła zainteresowane wyścigiem zbrojeń i jednobiegunowym zarządzaniem światowym porządkiem oraz dodatkowo obciążany zarzutem interwencji rosyjskich hakerów w wyborach, a także odbierając  wypowiadane w związku z tym groźby impeachmentu – wszystkie te ataki i oskarżenia spowodowały, że Trump  zmuszony został do radykalnej zmiany swego politycznego imagine. Niedawne jeszcze nadzieje części opinii publicznej, by w wyścigu do Białego Domu wygrał ktokolwiek byle nie Hilary Clinton, ukazały światu całą ułudę tego myślenia. Trump obecnie jest tylko figurantem ubezwłasnowolnionym przez amerykański kompleks przemysłowo-militarny pchający świat do wojny na obcych ziemiach. A że w świecie polityki jest człowiekiem  przypadkowym, biznesmenem, a nie mężem stanu, człowiekiem bez politycznych „właściwości" - sytuacja dla świata jest groźna. Niektóre fragmenty emocjonalnego przemówienie prezydenta Trumpa, miejscami mogły przypominać wściekłe mowy najbardziej „zasłużonych” demagogów, jacy przydarzyli się Europie. America first to u Trumpa doktryna oparta na skrajnym egoizmie narodowym, to nie liczenie się z całym światem,  buta, stawianie problemów politycznych na ostrzu noża, patrzenie na świat przez pryzmat jednej własnej prawdy. Postulowany coraz szerzej bezpieczniejszy, policentryczny porządek świata dla Trumpa nie wart dziś nawet uwagi.
W 2002 roku dla George'a Busha ‘osią zła’ były Iran, Irak i Korea Północna, teraz dla Trumpa taką ‘oś zła’ stanowią Korea Płn., Iran i Wenezuela. W przemówieniu skrytykował ważne dla światowego pokoju porozumienie nuklearne z Iranem. Władze Iranu to dla Trumpa „morderczy reżim”. Porozumienie w sprawie irańskiego programu nuklearnego uznał za porozumienie „żenujące dla Stanów Zjednoczonych” i zapowiedział, że już "wkrótce o tym usłyszycie". Ostro zaatakował władze Wenezueli, zarzucając jej dyktaturę i kierowanie się „fatalną socjalistyczną ideologią”, której hołduje Nicolas Maduro, a która doprowadziła kraj do upadku, a społeczeństwo do niewyobrażalnych cierpień. Podkreślił, że w stosunku do Caracas, Waszyngton z całą mocą kontynuować będzie politykę sankcji, bowiem celem Waszyngtonu jest  pomoc Wenezueli „w odzyskaniu wolności”. Zaapelował też o pilne zwiększenie presji na Koreę Północną. Odrzucił apele m.in. Sekretarza Generalnego ONZ Antonio Guterres’a  o podjęcie próby pokojowego rozwiązania konfliktu na półwyspie koreańskim.  Oświadczył, że w przypadku zagrożenia dla Stanów nie zawaha się doprowadzić do całkowitego „zniszczenie wrogiej KRLD”. Groźbom tym towarzyszą hasła o przodującej amerykańskiej demokracji, amerykańskiej wolności, amerykańskim porządku. Biały Dom nazywa tę politykę "pryncypialnym realizmem". Ale „pryncypialny realizm” ogłoszony przez prezydenta Trumpa w ONZ dotyczy jedynie najbliższych, bieżących kwestii waszyngtońskiego Pax Americana. Strategiczne plany pozostają w ukryciu. Jedynie stałe poszerzanie amerykańskiej obecności militarnej na całym świecie w postaci baz wojennych, ich rozmieszczenie i wyposażenie może obserwatorom przybliżać strategiczne zamiary USA, sugerując nawet, iż może ono stanowić zespół doskonale znanych prawu czynności przygotowawczych do … do strategicznie zaplanowanej akcji militarnej i to zarówno defensywnej jak i ofensywnej. Niepokój wywołać może także obserwowana od 2014 roku tendencja do znacznego wzrostu wielkości budżetu obronnego US Army. Gdy w 2015 roku projekt budżetu Pentagonu zamykał się kwotą 496 mld USD,  to w 2016 roku podniósł się do kwoty 534 mld USD, a w 2017 roku osiągnął już sumę 582,7 mld USD. Zwraca przy tym uwagę fakt, że zgodnie z danymi SIPRI (Sztokholmski Instytut Badań nad Pokojem) budżet obronny USA stanowi aż 37% wydatków na zbrojenia w całym świecie. Jest to największy w Ameryce wzrost wydatków od epoki „zimnej wojny”, czasów prezydenta Regana. Tendencja ta nie gaśnie wcale. Ostatnio Kongres Stanów Zjednoczonych debatując nad budżetem Departamentu Obrony na 2018 rok, nie bacząc, iż projekt przedstawiony przez prezydenta zamknął się kwotą  611 mld USD zaproponował zwiększenie budżetu Pentagonu aż do sumy  631,5 mld USD. W związku z tak wyraźnym i odczuwalnym wzrostem wydatków na resort obrony krytycy w Stanach zarzucają postępujący spadek wydatków na oświatę, zdrowie, ochronę środowiska, potrzeby socjalne, na badania podstawowe i naukę. Naukowcy żalą się, że „wygląda na to, że nasz kraj szykuje się na wojnę, ale nie dba o przyszły rozwój kraju”. Tymczasem zdaniem szefa senackiej komisji ds. sił zbrojnych USA McCain’a, budżet bazowy Departamentu Obrony w 2018 roku powinien wynosić 640 mld USD, a później powinien co roku wzrastać skokowo o 4%.
Zasygnalizowana wyżej tendencja oraz „pryncypialny realizm” prezydenta ogłoszony światu w ONZ powszechnego entuzjazmu w Stanach nie wywołuje. Krytyka płynie ze środowisk uniwersyteckich i części środowisk inteligenckich. Dla przykładu warto przywołać pogląd znanego amerykańskiego producenta, reżysera i scenarzysty Olivera Stone laureata trzech Oskarów, który w interesującym wywiadzie dla agencji Sputnik oznajmił, że „wygląda na to, że w USA istnieje «głębokie państwo», prawdziwa władza i kierownictwo rządzące państwem i podejmujące decyzję. Składa się na to przemysł zbrojeniowy, korporacje, a także służby wywiadu. Mają najwyraźniej wyłączną władzę, której nie miały, kiedy byłem młodszy. Rozrosły się do przerażających rozmiarów. Myślę, że specjalnie stworzyły tyle problemów z Rosją. Sądzę, że Prezydent USA Donald Trump jest przyparty do muru przez amerykańskie służby specjalne i nie ma żadnej możliwości na zresetowanie stosunków z Rosją, nawet gdyby tego chciał”. Słowa Olevera Stone, mają wyjątkową wartość. Są jak zeznania świadka. Mogą stanowić dowód. Nie wolno przejść obok nich obojętnie. Obserwacje tego wytrawnego filmowca i humanisty przerażają. „Głębokie państwo”, które coraz śmielej spycha świat w otchłań wojny szokuje i napawa lękiem. Tym bardziej więc w obliczu realnych zagrożeń,  ci którzy  zachowali resztki zdrowego rozsądku mają obowiązek przeciwstawiać się chorym tendencjom dążącym do  militarnych konfrontacji. Pokój jest bowiem znów kruchy. A pokój to jak powietrze.

poniedziałek, 4 września 2017

Kwaśniewski blogerem Sputnika?


Polski Gorbi

Aleksander Kwaśniewski uznawany jest za jednego z najwybitniejszych polityków polskiej lewicy ostatniego trzydziestolecia. Już w latach swoich studiów dał się poznać jako działacz  studenckich organizacji socjalistycznych. W latach 1981-85 redaktor naczelny najpierw tygodnika itd., potem dziennika Sztandar Młodych. U schyłku PRL pełnił ważne funkcje ministerialne w gabinetach premiera Meissnera i Rakowskiego. Prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Prominentny reprezentant rządowej reprezentacji w obradach Okrągłego Stołu. Po rozwiązaniu PZPR współtwórca socjaldemokracji w Polsce i przewodniczący SLD. Od grudnia 1995 do grudnia 2005 roku, przez dwie kadencje – prezydent RP. Współautor obowiązującej konstytucji z 1997 roku. Kandydat do najwyższych urzędów i godności nie tylko krajowych ale także międzynarodowych. W czasie jego kadencji, Polska w 1999 roku zostaje przyjęta do NATO, a w 2004 wstępuje do Unii Europejskiej.
Kwaśniewski, przynajmniej do połowy lat osiemdziesiątych nie ujawniał jakichkolwiek wątpliwości w kwestii obowiązującej w kraju narodowej polityki bezpieczeństwa opartej na sojuszu ze Związkiem Radzieckim i udziale Polski w Układzie Warszawskim. W tamtym okresie był nadzieją polskiej lewicy. Towarzysz młody, energiczny, otwarty na świat, godny zaufania, wierny linii politycznej partii – takie opinie musiały być z pewnością wyrażane najczęściej o Kwaśniewskim.
 W ostatnim dwudziestoleciu XX wieku historia zaczęła jednak przyśpieszać. Radziecka „pierestrojka”(1985-1991), ale szczególnie wybuch Solidarności w 80. roku zapoczątkował w Europie Środkowo-Wschodniej historyczne, burzliwe przemiany, a lata  89-90 ubiegłego wieku to wręcz czas pokojowej rewolucji. W kwestiach polskiego bezpieczeństwa to właśnie te przemiany spowodować musiały całkowitą zmianę poglądów Kwaśniewskiego. Po prostu uznał, że musi dostosować je do sytuacji nowej, w końcu „nadbudowa” nie może wisieć w próżni gdzieś poza „bazą”. Z jego dawnego, wydawało się utrwalonego stanowiska, dekretującego trwały sojusz polsko-radziecki nie pozostał najmniejszy nawet ślad. Po transformacji ustrojowej Kwaśniewski zmienia więc poglądy, staje się gorliwym zwolennikiem przeorientowania polskich sojuszy i związania bezpieczeństwa Polski z Paktem Północno-Atlantyckim. Trzeba jednak przyznać, że w tym czasie zdecydowanie większa część polskiego społeczeństwa, niesiona emocjami solidarnościowej rewolucji pragnęła oparcia swojego bezpieczeństwa o  sojusz z Paktem Atlantyckim. Według badań OBOP-u z marca 1999 roku aż dwie trzecie Polaków (67%) popierało członkostwo Polski w NATO. Przeciwnikami przystąpienia był jedynie co dziesiąty Polak (9%), a co szósty (16%) mówił, że jest mu to obojętne. Nic dziwnego zatem, że od początku 1995 roku pełne poparcie dla orientacji euroatlantyckiej stało się nawet jednym z głównych punktów  programu wyborczego Aleksandra Kwaśniewskiego pod nazwą „Wybierzmy przyszłość”.
Impreza w Helenowie
Jednak członkostwo Polski w szeregach NATO, nie było rzeczą prostą. Wymagało bowiem jeszcze   aktywnego zaangażowania elit politycznych polskich, amerykańskich i zachodnioeuropejskich. Udział Kwaśniewskiego w polskich dążeniach do przystąpienia do NATO zasługuje zapewne na odrębną, niemałą, należną mu cząstkę chwały. Przy tej okazji warto jednak wspomnieć, że sam kilkuletni proces przystąpienia zapamiętany zostanie zarówno ze swej  bachusowej dyplomacji jak i skutecznej makiawelicznej przynęty. A w obu przypadkach za sprawą polskich postaci obdarzonych zapewne ułańską fantazją. Przypomnijmy, że w 1993 roku, a więc na dwa lata przed objęciem przez Kwaśniewskiego urzędu prezydenta, ówczesnego polskiego prezydenta Lecha Wałęsę rewizytuje z całą swą świtą prezydent Borys Jelcyn. Wałęsa, po rezygnacji ze swych planów budowy NATO-bis, prawidłowo odczytując ówczesne polskie nastroje uznaje, że w kwestii naszego przystąpienia do NATO, skoro nadarza się okazja, to warto spróbować uzyskać jakieś porozumienie z Jelcynem. Któż jednak poza Wałęsą mógłby w tak rubasznie pospolity sposób wymusić na Jelcynie zgodę na przystąpienie Polski do NATO? A Wałęsa, w nocy z 24 na 25 sierpnia 1993 roku podczas biesiady w Helenowie pokazał, że ma  głowę silniejszą nawet od słynnej, zaprawionej głowy Jelcyna. To Wałęsa uzyskał od Jelcyna oficjalne oświadczenie, ze „decyzja o przystąpieniu Polski do NATO sprzyja stabilizacji politycznej w Europie i nie jest sprzeczna z interesem Rosji” (co prawda już w niecały miesiąc, Jelcyn cofnął oficjalnie swą zgodę wyrażoną w tak nietypowo dyplomatycznych  warunkach  w Helenowie).
Niezawodny polski jastrząb w Waszyngtonie
Rosyjskie przeszkody nie wyczerpywały jednak wszystkich trudności na drodze do spełnienia marzenia by „wybrać przyszłość”. W Ameryce bowiem także narastały w tej sprawie obawy. Większość klasy politycznej uważała, że przybliżanie struktur  NATO do granic Rosji stanowi poważne zagrożenie dla pokoju, a i sytuacja polityczna, jak twierdzono, niczym nie usprawiedliwia podejmowania takiego ryzyka. Stanowisku ówczesnych elit (w tym i Kongresu USA urabianemu szczególnie przez New York Times), a wyrażającemu kategoryczny sprzeciw wobec rozszerzenia NATO bez zgody Moskwy – wyzwanie rzucił sam Zbigniew Brzeziński. To Brzeziński wystąpił z ideą „paralelizmu”, dzięki której w sprawie nastąpił zwrot. Była to koncepcja zmierzająca do uśpienia rosyjskich obaw, koncepcja, jak się dziś mówi, „znieczulenia niedźwiedzia” przed operacją wyrwania mu pazurów, którymi mógłby walczyć w obronie swych racji. Idea „paralelizmu” Brzezińskiego dawała bowiem Moskwie poczucie wspólnoty. Polegała na przyjęciu koncepcji zgodnie z którą NATO będzie odtąd budować specjalne przyjazne stosunki z Rosją, a w zamian Moskwa  przestanie sprzeciwiać się planom poszerzenia Sojuszu. W ten sposób, twierdzono,  nawet krucha demokracja w Rosji wcale nie ucierpi. Wprawdzie z oporami – idea „paralelizmu” została przez Moskwę przyjęta! W dniu 27 maja 1997 roku Borys Jelcyn i sekretarz generalny NATO Javier Solana podpisali Akt o Współpracy i Bezpieczeństwie między NATO i Federacją Rosyjską. Z kompetencji powołanej tym Aktem Stałej Rady NATO-Rosja wyłączono jednak kwestie strategiczne, obronne, decyzje dotyczące akcji zbrojnych, dyslokacji wojsk oraz przyjmowania nowych członków z równoczesnym zastrzeżeniem m.in. zakazu stałego stacjonowania wojsk NATO oraz broni atomowej na terenie wszystkich nowych członków Sojuszu.
Konsekwencje zwycięstwa Neokonów
Mimo porozumienia Zachodu z Moskwą jeszcze przez dwa lata hasło „wybierzmy przyszłość” nie mogło być w pełni zrealizowane. Dobijanie się Polski do NATO trwało. Do boju o NATO ruszyli wszyscy znani przedstawiciele ówczesnego obozu władzy na czele z ministrem spraw zagranicznych Bronisławem Geremkiem i prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim. Program przystąpienia do NATO aktywnie wspierała Polonia w Ameryce, wykorzystując każdą sposobność do wywierania presji na kongresmenów celem uzyskania ich poparcia. Jednak amerykańskie obawy przed sprowokowanym przez Sojusz załamaniem „kruchej demokracji” w Rosji i ponownym rozpętaniem zimnej wojny istniały długo. I dopiero po uznaniu, że nastąpił całkowity rozpad dwubiegunowego ładu w świecie, a równocześnie po zwycięstwie w USA kół dążących do samodzielnego zarządzania światem, a także uzyskaniu poparcia  takich znaczących postaci jak John McCain, Ronald Asmus, a szczególnie Zbigniew Brzeziński i sekretarz stanu Madeleine Albright, opór przeciwników poszerzenia Sojuszu został przełamany. Dopiero więc 26 lutego 1999 roku prezydent Kwaśniewski mógł triumfalnie złożyć  podpis o przystąpieniu Polski do NATO, a 12 marca na Placu Piłsudskiego uczestniczyć w uroczystej ceremonii podniesienia na maszt flagi NATO.
Lojalny sojusznik Ameryki
Trzeba przyznać, że prezydent Kwaśniewski od początku swej prezydentury starał się być absolutnie lojalnym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych. W znaczących dla polityki amerykańskiej, gorących kwestiach militarnych, USA zawsze mogło liczyć na polską pomoc i zaangażowanie. I tak, od 18 czerwca 1999 roku, jeszcze nawet nie będąc członkiem NATO, polskie jednostki wojskowe uczestniczyły w byłej Jugosławii udzielając wsparcia siłom NATO. W marcu 2002 roku pierwsza grupa polskiego wojska została wysłana do Afganistanu w ramach amerykańskiej operacji Enduring Freedom (a w Afganistanie polscy żołnierze są nadal). Od 2002 roku polskie wojsko brało udział w planowanej przez USA drugiej inwazji na Irak, by już od 20 marca 2003 roku wziąć czynny udział bojowy w amerykańskiej interwencji pod kryptonimem Iraqi Freedom. Szczególnie II wojna w Zatoce Perskiej wywołana przez USA pod całkowicie fałszywym oskarżeniem posiadania przez Irak broni masowego rażenia, podjęta wbrew rezolucji Rady Bezpieczeństwa i stanowisku europejskich sojuszników Ameryki (poza wielką Brytanią i Polską) – do dziś wywołuje kontrowersję i krytykę. Decyzję o udziale polskiego wojska w tych amerykańskich wyprawach podejmował prezydent Kwaśniewski na wniosek premiera. Ile polskich ofiar wymagały wyprawy US Army? Janusz Palikot wyraźnie oszczędzając Kwaśniewskiego nigdy nie odwołał zarzutu, że premier „Miller ma krew na rękach”(rzetelność nakazywałaby zauważyć, że Miller wnioskował, ostatecznie decydował jednak sam Kwaśniewski!). Tymczasem obaj panowie, zarówno Kwaśniewski, jak i Miller do dziś nie mają sobie nic do zarzucenia twierdząc, że i dziś zrobili by podobnie! Aktywność prezydenta Kwaśniewskiego wspierającego politykę amerykańską widać było też wyraźnie na jego ukraińskiej ścieżce politycznej. Wyraźnie sprzyjająca postawa dotycząca już wówczas antyrosyjskiej tzw. rewolucji pomarańczowej, zażyłe stosunki z nacjonalistyczną elitą ukraińską, reprezentującą stanowisko nie tylko własne, ale i w globalnym wymiarze przede wszystkim amerykańskie – wszystkie te okoliczności świadczyły o pełnym zaangażowaniu Kwaśniewskiego w realizację treści zmierzającej do zabudowania swego hasła wyborczego programem ścisłej kooperacji z amerykańskim programem jednobiegunowego zarządzania światem.
Czy Kwaśniewski na portalu sputnik.pl zdradził Amerykanów?
Z pełnym przeto niedowierzaniem można na stronie www.sputnik.pl przeczytać artykuł Aleksandra Kwaśniewskiego pt. „Ruski straszak dobry na wszystko”, w którym autor kpi z amerykańskiej propagandy obwiniającej Rosjan o wszelkie niegodziwości i pozwala „usprawiedliwić każdą międzynarodową podłość silnych wobec słabszych(…). Jeśli coś poszło nie tak, wystarczy powiedzieć, że za niepowodzeniem stoją Ruscy…” Na tym Aleksander Kwaśniewski, jako bloger „Sputnika” nie poprzestał. Najbardziej rewelacyjne poglądy wyłożył dalej. Nawiązując do McCaina, którego zdaniem Rosja jest większym zagrożeniem niż Państwo Islamskie – Kwaśniewski stwierdza przekornie: „McCain ma rację. Rosja jest zagrożeniem dla świata, w którym Amerykanie wywołują wojny gdzie chcą, udzielają zezwolenia na zmianę lub zmieniają rządy w dowolnym kraju, doprowadzają do wojen domowych, umożliwiają powstanie organizacji terrorystycznych o zasięgu globalnym oraz jednostronnie i arbitralnie kreują rozwój lub niedorozwój gospodarczy wybranych krajów zgodnie z własnymi interesami…”. W artykule niektóre wątki Kwaśniewski rozwija. Wszystkie uwagi blogera świadczą o refleksyjnym spojrzeniu na rzeczywistość. Są oceną porządku we współczesnym świecie regulowanym zasadami Pax Americana, albo…oddajmy zresztą głos internautom czytającym blog Kwaśniewskiego. Oto post umieszczony pod artykułem, który jak sądzę zasługuje na uwagę: ‘Po przeczytaniu, cóż powiedzieć? Brawo pan Kwaśniewski! Wpis na blogu w m/ocenie wnikliwy, mądry i dojrzały. I tylko jedno pytanie w kontekście tych wygłoszonych przez blogera poglądów rodzi się natarczywie: czy zejście pana Kwaśniewskiego z drogi zdecydowanego filo jankesa popierającego wojny amerykańskie w Iraku, Jugosławii, w świecie, przyjaciela anty ruskiej Ukrainy - nawrócenie na drogę prawdy i politycznej rzetelności to droga nawróconego Szawła, a więc wynikająca z politycznego autentycznego nawrócenia, do którego człowiek zawsze ma prawo, czy wynik politycznej kalkulacji po stwierdzeniu, że jednak „Jankesi, których tak wspierałem nie okazali ni odrobiny wdzięczności, nie powołano mnie na sekretarza NATO, nie powołano na stanowisko w ONZ, słowem czy nadal warto grać ich kartą? Może więc raczej należy znów wejść na dawne utarte tory przyjaciela Moskwy"’.
Epilog dramatu: Kwaśniewski  Amerykanów nie zdradził
Otóż Szanowny Internauto, widać, że nie raczyłeś przyjrzeć się uważnie zdjęciu zamieszczonemu na blogu Kwaśniewskiego. Czy jest możliwe, by prezydent Kwaśniewski przemalował swoją pięcioramienną amerykańską białą gwiazdę, którą nosi na ramieniu, na pięcioramienną gwiazdę czerwoną? Niemożliwe! Czyż byłoby możliwe, by prezydent Aleksander Kwaśniewski zamiast zwykłego choćby nawet czarnego, skromnego kapelusza paradował w kapeluszu tak okazałym i wymyślnym jak na zdjęciu? Wykluczone! Czyżby było możliwe, by prezydent Kwaśniewski przebywał w towarzystwie nikczemnika podejrzanego o kierowanie agresywną, ludobójczą armią niosącą ludności cywilnej, kobietom i dzieciom w Syrii śmierć i zagładę? Nigdy! Przenigdy! Wniosek nasuwa się więc prosty. Prezydent Kwaśniewski ma imiennika, który bloguje na stronie sputnika. I to on wypisuje te haniebne uwagi o miłującej pokój armii amerykańskiej podszywając się pod naszego prezydenta. I właśnie zdemaskowanie tej prowokacji jest najbardziej pozytywną wiadomością wynikającą z całej tej historii. Oznacza to, że prezydent Kwaśniewski odkąd  za sojusznika wybrał ten  wspaniały zamorski odległy kraj stale pozostaje mu wierny i lojalny wobec jego armii i nigdy naszych drogich sojuszników nie zdradzi. No, chyba żeby już niebawem nastąpiły w świecie  burzliwe przemiany, nowe rewolucje (oby pokojowe!), które wymagać będą ponownego dostosowania swej prywatnej nadbudowy do nowej publicznej bazy. Powiemy wówczas, że to vis maior współczesnej epoki za którą nie możemy brać odpowiedzialności. Wówczas może się okazać, że blog Kwaśniewskiego był jednak autentyczny.

środa, 2 sierpnia 2017

Powstanie Warszawskie

Powstanie Warszawskie Anno Domini 1944 – to chluba ostatnich dziejów Warszawy i Polski. Zaczyna z wolna stawać się już sagą założycielską polskiej niepodległości. Dziś cała Polska składa hołd Powstaniu i jego bohaterskiej młodzieży, która na barykadach oddawała życie za Wolność i Niepodległość Polski. Powstanie zaczyna obrastać chwalebną legendą. Śpiewamy Marsz Mokotowa, śpiewamy o sanitariuszce Małgorzatce,  wyją syreny, biją dzwony… Wyuczyliśmy w końcu Amerykanów, że Warszawa miała dwa powstania, co w gorących i wzruszających słowach potwierdził sam prezydent Trump, (nota bene już w 2004 roku Kanclerz Gerhard Schroeder na Pl. Powstańców W-wy także przyjął fakt ten do wiadomości, ale mimo czynionych wysiłków opisał to w  słowach dla Polaków oschłych i mało wzruszających).
Tak, polska młodzież walczyła bohatersko i krwawo o każdą ulicę swojej stolicy, o każdy dom, o każdy zaułek domu. Młodzież walczyła z niebywałym poświęceniem. Nie szczędzono krwi i znoju.  I pomimo braku amunicji, mimo druzgocącej przewagi militarnej wroga, walka trwała niemal przez całe 63 dni. No! co prawda, poza nadzwyczajną chwałą, którą symbolizuje pomnik Gloria Victis i setkami brzozowych krzyży na Powązkach –  efektu militarnego nie osiągnięto. Przeciwnie! Jaki więc efekt przyniosła danina tej młodzieńczej polskiej krwi? Skutki powstania to 20-30 tysięcy poległych w walkach powstańców, rzezie dokonane  na warszawiakach, śmierć 200 tysięcy cywilów i  totalna zagłada miasta. Opisy historyczne i dane faktograficzne są suche i bezwzględne.
 Słychać często, że zryw powstańczy przeciwko wrogowi był dla młodzieży tamtych lat moralnym imperatywem. Fakt, że okupacja hitlerowska była w Polsce nadzwyczaj okrutna, że nienawiść do Niemców była powszechna, ale żeby te pokłady piekącego gniewu przekuć na powszechny zbrojny rokosz – sama nienawiść nie wystarczy. Nienawiść tę należało zagospodarować, uzbroić, wyposażyć do walki i w końcu zorganizować w szeregi bojowe. Ta część obmyślanej walki z wrogiem, planowała i rozkazem 1 sierpnia 44 roku wykonała Komenda Główna A.K. Już tylko z samej treści pomnika poświęconego powstańcom widać niestety, że był to rozkaz prowadzący młodzież do zagłady. A rzekomy imperatyw moralny jako podstawowa przyczyna powstania, nawet gdyby był prawdziwy (a nie był!),  jeśli w sposób nieunikniony prowadzi do zagłady – jest zbrodnią. Zbrodnią wobec młodzieży, gorącej w swej patriotycznej nienawiści do wroga; zbrodnią wobec tej większości, którą nie pytano o zdanie, a która absolutnie nie zamierzała dokonywać samobójstwa w myśl urojonych planów politycznych. Niestety, była więc zbrodnią p-ko narodowi. Stanisław Likiernik, wielokrotnie ranny w powstaniu, aktywny jego uczestnik, tak ocenia owo polityczno-militarne wydarzenie: „Powstanie, które nie miało najmniejszej szansy na powodzenie można nazwać zbrodnią, a już na pewno tragedią i katastrofą”. Likiernik pytany o żyjących w piwnicach reakcję zwykłych warszawiaków opowiedział o ich złości i rezygnacji: „Coście zrobili idioci! W jakiej jesteśmy sytuacji!”. Gen. Władysław Anders, którego skądinąd nie jestem  gorącym wielbicielem twierdził, że odpowiedzialni za wywołanie powstania winni byli odpowiadać przed sądem wojennym (szkoda, że podobnego poglądu nie miał wobec zatrzymanych na Zachodzie banderowców służących w formacjach SS).
Także uważam, że  odpowiedzialność za śmierć polskiej młodzieży i zagładę stolicy dokonaną z przyczyn błędnie rozumianego interesu politycznego nie ponieśli dotąd odpowiedzialności. A są to gen. Okulicki, gen.  Pełczyński oraz płk. Rzepecki i płk. Chruściel „Monter”, a także  gen. Bór-Komorowski. Nie są całkiem wolni od odpowiedzialności także ci członkowie Rządu Londyńskiego, którzy z aprobatą przyjmowali meldunki o planowanym przez KG A.K. zorganizowaniu powstania. Na skutek ówczesnej politycznej poprawności członkowie KG nie stanęli przed plutonem egzekucyjnym, przeto dziś sprawiedliwie i surowo winna rozliczyć ich historia. Nikt bowiem przy zdrowych zmysłach nie może pojąć jakie realne, militarne kalkulacje mogli oni wiązać z Armią Czerwoną zatrzymaną na prawym brzegu Wisły. Wszak w zamierzeniach decydentów powstanie wymierzone miało być militarnie p-ko Niemcom, a politycznie p-ko Związkowi Radzieckiemu. Polityka, zwłaszcza w okresie wojny, jest twarda i bezwzględna. Stalin nie miał najmniejszego interesu, by wspomagać siły, które de facto były jego strategicznym przeciwnikiem. Ówcześni przywódcy nasi o tym nie wiedzieli, czy może zapomnieli? Na ten temat wspomina wymieniany wyżej bojownik powstania Stanisław Likiernik: „Przyszedł do mnie Roman Bratny i mówi: <Jeżeli zrobimy powstanie, to Stalin zatrzyma się i poczeka, aż nas Niemcy wykończą>. Ja mu na to: Roman, ja to wiem i ty to wiesz, więc nasi szefowie też to wiedzą. Muszą mieć jakąś koordynację z Rosjanami. Niestety nie mieli żadnej”.
Huczne dziś świętowanie tej tragicznej  rocznicy, to niestety, po części, przejaw wykorzystywania dla aktualnej politycznej gry ważnych, a przy tym tragicznych wydarzeń życia narodu. A pogląd pana prezydenta Andrzeja Dudy, który stwierdza, że dzięki Powstaniu Warszawskiemu 44 roku Polska w 89 roku odzyskała niepodległość – to przejaw upadku nauk podstawowych w ogóle, takich jak choćby logika i historia, to obraz praktykowany przez obecny obóz władzy. Historia wielu polskich powstań zdaje się potwierdzać stale ten sam błąd „założycielski” naszych powstań: rzekomy imperatyw moralny polskiej młodzieży jako siła sprawcza wszelkich buntów i rebelii (często podsuwany młodzieży przez siły obce niekoniecznie przyjazne i zgodne z polską racją stanu). A w kontrze do tego złowrogiego mitu – wciąż kołacze rozsądek polityczny wynikający z geopolitycznie pojmowanej racji stanu. Warto by przy tej okazji, na ile się to tylko da, zbadać, czy i jaki był wpływ zagranicznych ośrodków propagandy i podmiotów prowadzących politykę europejską na przeważający pogląd Rządu Londyńskiego w sprawie  dotyczącej polityczno-militarnego sensu rozpoczęcia powstania.

czwartek, 20 lipca 2017

Jeszcze Polska nie zginęła...

Szanowni Państwo oto mamy dziś niebywałą okazję uczestniczenia w poglądowej lekcji historii Polski. Pokolenia naszych polityków, pisarzy i historyków na kartach swych rozpraw, publikacji i powieści  przez całe dwa wieki  wiedli  spory o przyczyny upadku Rzeczypospolitej w XVIII wieku. Ale tylko my dzisiaj, poprzez telewizyjne transmisje z obrad polskiego parlamentu możemy dzięki odtwarzanym tam  gestom i oskarżeniom, okrzykom i groźbom, drobnym rękoczynom, prowokacjom i decyzjom  ogarnąć wzrokiem zachowania naszych wspaniałych przodków z XVIII wieku.
Co za rozkosz dla duszy widzieć i słyszeć naszego jurystę najwybitniejszego wśród gołoty, JE posła  Borysa, gdy niczym magnat Koniecpolski herbu Mała Putka, wolno i precyzyjnie wyznacza gdzie jest Niezawisły Trybunał i prawo, a gdzie partyjne jedynowładztwo i bezprawie. A czyż nie drżymy z przerażenia, gdy nasza droga myszka-agresorka waląc w pulpit i groźnie swym palcem wskazując zło, piszczy i  krzyczy tak mocno, że jesteśmy prawie pewni, że to nas tak okrutnie myszka piętnuje!  Ileż pozytywnych skojarzeń, ile ożywczych refleksji budzi nasza szlachecka gołota, gdy w rytm Mazurka pięścią wystukuje poglądy przekazane jej przez partyjnych oligarchów. A przecież w chwalebnej  intencji i tylko po to, aby zagłuszyć tych którzy nie mają racji. I gdy ktoś nieproszony, nie w takt  wspólnych śpiewnych recytacji wygłasza z miejsca przez trąbę swe żądania, czyż nie mamy prawa za wybitną jejmość krzyknąć ‘zamknij mordę, chamie!’. Na koniec retorycznie jeno zapytam, czy  mogą kogoś nie wzruszać te spontaniczne i szlachetne sceny walki, które świadoma gołota, nie żałując nawet sprzętu do siedzenia i siły swych mięśni, a nawet papierowych dokumentów przerobionych naprędce w niedościgłe F-16,  które wymierza we wrogie stronnictwo – walcząc zaciekle o prawdę. I głosi przy tym z przejęciem, że prawda nas wyzwoli, wyzwoli z tyranii i despotyzmu. Zaiste, nasze współczesne sejmiki szlacheckie dbają o historyczną poprawność. Jeszcze Polska nie zginęła..!

poniedziałek, 3 lipca 2017

Pożytki warszawskiej wizyty Trumpa


Już tylko godziny dzielą nas od wizyty prezydenta Donalda Trumpa w Polsce. Trump „po drodze” na zaplanowany na 7-8 lipca szczyt G-20 w Hamburgu odwiedzi Warszawę. Polska, pełniąca w polityce międzynarodowej, podług słów Stanisława Michalkiewicza, rolę amerykańskiego dywersanta wobec Rosji – jest szczególnie usatysfakcjonowana zgodą na przyjazd głównego formalnego patrona i strażnika realizacji polskich zadań. Wielka w tym zasługa prezydenta Dudy, jego ministra Szczerskiego, a nawet (choć jakby w trochę mniejszym stopniu) ministra Waszczykowskiego. Rozmowy jakie odbędą się w czwartek 6. lipca dotyczyć będą przede wszystkim dalszego wzmocnienia bezpieczeństwa Polski czyli zwiększenia obecności US Army w Polsce, oczywiście w obliczu groźby ataku ze strony Rosji! Ważnym zagadnieniem będzie też kwestia politycznego, ekonomicznego i militarnego amerykańskiego wzmocnienia idei tzw. Międzymorza. Inną, niezmiernie ważną kwestią w przeddzień  spotkania Trumpa z Putinem w Hamburgu będzie w miarę delikatna i ostrożna próba zapobieżenia zbliżeniu między Trumpem i Putinem, szczególnie w obliczu jego wypowiedzi otwartych na współpracę z Putinem w czasie kampanii wyborczej. Próba zatem przekonania Trumpa o bezcelowości poważnego traktowania jakichkolwiek uzgodnień z Putinem. Zdaniem strony polskiej prezydent Rosji nie zasługuje przecież na poważne traktowanie przez przywódcę wolnego świata. Przemówienie jakie w najbliższy czwartek na tle pomnika warszawskich powstańców ma wygłosić Trump, będzie zapewne dla strony polskiej, ale i dla strony rosyjskiej  pewną wskazówką, na ile stronie polskiej udało się wpłynąć na postawę Trumpa. Tak czy inaczej, w związku z decyzją Trumpa o zgodzie na przyjazd do Warszawy tuż przed jego ważną obecnością na spotkaniu przywódców państw G-20, Polska cieszy się traktując tę decyzję za wielki polski sukces.
Tymczasem patrząc na to od strony samego Trumpa, zaspokojenie dążeń Polaków, a  w konsekwencji możliwość wizyty w Warszawie to dla niego dar niebios. Trump w Stanach Zjednoczonych ledwie dyszy. Inspirowani przez media zwiększające się gromady spośród dotychczasowych amerykańskich elit coraz głośniej wyrażają możliwość rozpoczęcia procesu pozbawienia Trumpa funkcji prezydenta. Impeachment grozi nie na żarty. Wspomniane elity mobilizują znaczne grupy społeczne żądające jego dymisji. Protesty przeciwko Trumpowi są częste, zaś akcje społeczne popierające Trumpa rzadkie. Podsycane przez media wystąpienia przeciwko Trupowi dotyczą nie tylko kobiet. Dotyczą  wszelkich mniejszości, imigrantów, ludzi niezadowolonych jacy pojawiają się zawsze i wszędzie. W dodatku Trump, w przeciwieństwie do Obamy, na zachodzie Europy nie cieszy się uznaniem i szacunkiem na jaki być może zasługiwałby lider „wolnego świata”. Znany jest bowiem jego mało entuzjastyczny, a może wręcz negatywny stosunek do Unii Europejskiej którą postrzega przede wszystkim jako niebezpiecznego rywala USA. Spektakularnym przejawem tego stanowiska było choćby jego energiczne poparcie dla angielskiego Brexitu.  Należy wspomnieć, że jego bezpardonowe wystąpienie na ostatnim szczycie NATO, na którym leitmotivem swego przemówienia uczynił jedynie wymówki o „żerowaniu” większości państw NATO na USA, a więc zarzuty o niewypełnianiu przez bogatych członków zobowiązań finansowych wraz z jakże znaczącym przemilczeniem treści zobowiązań wynikających z art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego, mocno osłabiło jego wizerunek w oczach przywódców Zachodu. Uznaje się dzisiaj, że o bezpieczeństwo Zachód musi zadbać sam. Podjęta natomiast jego decyzja o wycofaniu się z podpisanego przez USA zaledwie półtora roku temu paryskiego porozumienia klimatycznego ostatecznie zraziła Zachód do Trumpa. Prezydent USA znajduje się więc w sytuacji bez wątpienia trudnej. Wewnątrzpoważne zarzuty o podejrzanych i niestandardowych kontaktach z Kremlem z powodu których może stracić urząd i wcale nie ma pewności czy prawnik Białego Domu Don McGahn zdoła wykazać jego „niewinność”. Protesty społeczne odnoszące się do zagadnień ze sfer spoza wielkiej polityki wspierają antytrumpowski nacisk polityczny.  Do tego lodowaty stosunek zachodnich elit politycznych, ale i zachodniego społeczeństwa daje w sumie sytuację nie do pozazdroszczenia.  Wizyta w Polsce, była w tej sytuacji rozwiązaniem wielce pożądanym.
W Polsce każdy bowiem prezydent USA ma zapewnione ciepłe, może nawet gorące powitanie oraz pełne zrozumienie i bezkonfliktowe  sojusznicze uzgodnienia. Czy można chcieć więcej? Kluby ‘Gazety Polskiej’ z całego kraju już czuwają nad zapewnieniem naszemu wielkiemu gościowi godnego i serdecznego przyjęcia. Tak więc całkiem niebagatelny argument może znaleźć się w rękach prezydenta zarówno dla oponentów w samych Stanach Zjednoczonych jak i dla mało przyjaznych przywódców na G-20. Trump będzie miał co pokazać!  Wszystkim swym przeciwnikom może wykazać, że są narody, które szanują i doceniają prezydenta a przy tym są wiernym sojusznikiem Stanów! Trump może na tym skorzystać nie tylko wizerunkowo, ale również  politycznie. Forsowana przez polską dyplomację idea Trójmorza, wraz z zaangażowaniem Stanów Zjednoczonych w to przedsięwzięcie – to przecież poważny strategiczny argument w rękach Trumpa w jego cichej wojnie z Unią Europejską. Obok więc dotychczasowych koncepcji Europy dwóch prędkości pozostających jednak w strukturach UE, w strategicznej grze może pojawić się nowa kategoria: Zachód, czyli zachodnia Europa w ramach Unii Europejskiej i Międzymorze w ramach ścisłego sojuszu z USA. Ciekawe jak na polskie idee przepołowionej Europy zareaguje świat.

sobota, 17 czerwca 2017

Gorąca linia z Putinem czyli apel o rzetelność przekazu

Przed dwoma dniami przez prawie bite cztery godziny trwała tzw. gorąca linia, podczas której  prezydent Władimir Putin odpowiadał swym rodakom (jeden video-telefon był z USA) na zadawane przez nich pytania. Zdążył w ciągu tych godzin zająć publicznie stanowisko w 70 kwestiach, ale pytań nadesłanych do prezydenta było podobno około 2 miliony!
Polska propaganda zawsze zarzucała i nadal zarzuca propagandowy charakter takich dorocznych spotkań prezydenta Putina z narodem, służących rzekomo, jedynie umocnieniu władzy genseka. W mojej ocenie to zarzut wysoce nierzetelny i tendencyjny, wynikający wyłącznie z antyrosyjskich fobii. Spore fragmenty tej sesji obserwowałem na kanale RTR Planeta. Pytania dotyczyły spraw międzynarodowych, ale przede wszystkim Rosjanie mieli okazję zwrócić się do swego prezydenta w sprawach dla nich trudnych i bolesnych. Pytano o drożyznę w państwie, o nierówności płacowe w różnych regionach kraju, o kłopoty mieszkaniowe, o duże zaniedbania w służbie zdrowia. Ale pytano także o jego sprawy rodzinne na które Putin bez szczegółów, ale z godnością odpowiadał. Proszono o interwencję w sprawach losowych przez ludzi pozbawionych dachu nad głową w wyniku powodzi lub pożaru. Setki tego rodzaju pytań. To nie mogły być pytania i skargi ustawione przez organy propagandy. Jeśli były takie, to w znikomej ilości. Gros zagadnień miała charakter absolutnie autentyczny.
Obok spraw geostrategicznych poruszane były więc także żywotne problemy zwykłych ludzi ich troski o byt swój, swoich dzieci, swych seniorów. Myślę więc, że niewątpliwa strategiczna siła Putina, siła polityka  przywracająca stopniowo wielkość Rosji – to tylko jedna z tajemnic jego popularności w kraju. Drugą, równie ważną jest właśnie ta otwartość Putina na problemy zwykłych ludzi. Putin na takich spotkaniach stara się prezentować jak Rosjanin „z krwi i kości”, jak ktoś kto nie oderwał się od swego narodu. Obie te dźwignie utrwalają jego autorytet i uznanie w narodzie.  Tę sesję oglądałem pierwszy raz. Żałuj Drogi Czytelniku, że nie oglądałeś. Robiła duże wrażenie. Zadaje kłam antyrosyjskiej propagandzie. A u mnie wzbudziła jeszcze inną retoryczną refleksję: czy na tak wyczerpującą i podobnie pogłębioną sesję ze swym narodem zdecydowałby się polski prezydent lub inny przywódca kraju? Ba! czy odważyłby się na to któryś z przywódców tzw. wolnego świata?....

piątek, 12 maja 2017

Pochwała uczuć

Rozmowy niepolityczne

Dzień 7 maja to historyczna data nie tylko dla Francuzów. W wyborach prezydenckich po raz pierwszy od czasów Napoleona zwyciężył wyjątkowo  młody, zaledwie 39 letni Emmanuel Macron. Na francuskiej scenie politycznej w strefie urzędów najwyższych – polityk w zasadzie początkujący. Nie licząc utworzonej w ubiegłym roku, jakby „na poczekaniu” En Marche!, polityk bez własnej partii, bez własnej bazy w parlamencie, nawet bez wyraźnego wsparcia wielkich francuskich ugrupowań partyjnych. Tego w powojennej historii Francji nie było nigdy. Fenomen! Polityczny geniusz?!
Kusi każdego by z zagadką tą się zmierzyć, by spróbować znaleźć klucz do wskazania przyczyn tego niebywałego sukcesu! Owszem Macron to człowiek błyskotliwy, zdolny i pracowity. Świetnie wyedukowany. Poza dyplomem uzyskanym w lewicowej filii Uniwersytetu Paryskiego, pobierał nauki także w Instytucie Nauk Politycznych, ale przede wszystkim w słynnej paryskiej kuźni przygotowującej swych wychowanków do sprawowania najwyższych urzędów V Republiki tj. w Narodowej Szkole Administracji (ENA), której absolwentami byli tacy znani politycy jak choćby  Giscard d’Estaing, Chirac, Hollande, Fabius, czy Jospin.  Zalety te wyniosły Emmanuela Macron do grona dobrze rokujących, utalentowanych początkujących polityków. Mógł więc już pełnić funkcję odpowiedzialnego urzędnika państwowego, bankowca, a w latach 2014-2016  nawet ministra gospodarki, przemysłu i cyfryzacji. Czy te przymioty – niewątpliwie ważne – w wyścigu o prezydenturę wystarczyły do pokonania  najważniejszych polityków reprezentujących potężne francuskie partie polityczne? Odważę się sądzić, że architektem tego niebywałego sukcesu Emmanuela Macron jest stale przebywająca przy jego boku, towarzyszka jego życia – małżonka, pani Brigitte Macron.
Małżeństwo Macron to historia sama w sobie. Emmanuel już w roku 1992 jako 15 letni chłopak został wyjątkowo dogłębnie ugodzony strzałą Amora. Dla tego wrażliwego i z całą pewnością wybitnego chłopca musiał to być okres czystych i podniosłych uniesień. Wybranką była aranżer, reżyser, scenograf, dyrektor i  twórca szkolnego teatru – Mme Auzier, nauczycielka łaciny i francuskiego w katolickim liceum jezuitów w Amiens na północy Francji. Uczniem i szkolnym aktorem, a z czasem pomocnikiem pani reżyser był Emmanuel. W cotygodniowych próbach i twórczych spotkaniach teatralnych Emmanuel w towarzystwie swej uroczej ‘dyrektorki’ coraz intensywniej zagłębiał się w tajemnice apolińskiego piękna. Pani reżyser uczyła Emmanuela kochać piękno, tworzyć scenografię, budować narrację. Dla Emmanuela, Brigitte mimo swych  39 lat była jak jasny promień słońca, jak powietrze w górach, jak źródło życia.  Niestety Mme Auziere de domo Trogneux była mężatką i matką. Ale poza tym  była humanistką i odpowiedzialną za realizację szkolnego programu cenioną nauczycielką.  Dla Emmanuela stanowiło to tylko jeszcze jedno wyzwanie. Zafascynowany sztuką chciał wspólne z nauczycielką napisać utwór literacki, który będzie można wystawić w teatrze. Brigitte otwierała przed nim wciąż nowe horyzonty dobra i piękna. Platoniczna z początku, ale z czasem wszechogarniająca miłość tego nietypowego chłopca musiała obojgu nieść nie tylko poczucie szczęścia, ale równolegle także upokorzenia i cierpienia. A trwanie w niej, trwanie  wbrew całemu światu – to musiał być dla obojga nieustający  skok w nieznaną ciemność, w sferę gdzie nie ma miejsca na przygody, nie ma miejsca na ponadstandardowe drogi szczęścia i spełnienia, na rozwiązania nieaprobowane wiekową tradycją. W europejskiej kulturze i cywilizacji system patriarchalny sprawdził się i w zasadzie ma się dobrze. Ale miłość Emmanuela i Brigitte pokonała i tę barierę. Po nieuniknionych i poniekąd zrozumiałych przeszkodach płynących ze świata utrwalonych wartości, kładących przed nimi obraz pożytku z naturalności, z normalności, ze standardowości – para po wielu perturbacjach zawarła związek małżeński w roku 2007. Emmanuel miał wówczas lat 30, Brigitte lat wtedy 54.
Ich miłość, pomimo takiej różnicy wieku przetrwała. To przykład ich wielkiej odwagi i dojrzałości. Treść ich miłości zapewne z wiekiem ewoluowała. Od początku ich wyjątkowa miłość ukazała swej piękno nie tylko w zaletach czystego erotyzmu,  nie szukała pewno swych uniesień w dionizyjskim żywiole. Ukazała wielkość wzajemnego przywiązania i poświęcenia. Emmanuel z miłości do Brigitte zrezygnował z własnej tradycyjnej rodziny, z ojcostwa własnych  dzieci, być może także z ograniczenia swych ściśle męskich potrzeb wieku starszego oraz z  równoległego z partnerką przeżywania starości. Brigitte w imię miłości do Emmanuela zrezygnowała z całego swego uporządkowanego dotąd życia, z bezpiecznego kontynuowania swych macierzyńskich i małżeńskich funkcji, z  pozycji jaką miała u boku bogatego męża francuskiego bankiera Andre Auziere. Można śmiało rzec, że życie swe oddała Emmanuelowi, tak jak on swoje – jej oddał.  Jej potrzeby stały się jego potrzebami. Jej troje dzieci Sebastien, Laurence oraz Tiphaine swego ojczyma zaakceptowały w pełni – on zaś wspierał je i aktywnie uczestniczył w ich życiu. Nic przeto dziwnego, że Emmanuel swe ambicje i potrzeby nie realizował w samotności. To głównie Brigitte pisze lub co najmniej koryguje przemówienia swego męża. Czuwa nad realizacją jego pragnień, nad jego polityczną drogą do szczytów władzy. Jest jego doradcą i wzorem od lat. Nic dziwnego, że Emmanuel Macron jakby dedykując zwycięstwo w wyborach prezydenckich bezpośrednio po ogłoszeniu wyników stwierdził publicznie: bez niej nie byłbym sobą! Klasa zaś Brigitte, jej talent jako reżysera, kreatora wydarzeń, scenarzysty i jej  humanistyczne szerokie perspektywy pozostawiają przeciwników daleko w tyle. Przytłaczające zwycięstwo w starciu z dość jednostronnie patrzącą na świat panią Le Pain nie dziwi. W starciu tych dwu pań Le Pain nie miała szans.

Biden rezygnuje

Prezydent Biden został zmuszony do rezygnacji w obliczu klęski jaką Partia Demokratyczna mogłaby ponieść gdyby niesprawny mentalnie Biden na...